Kilka powodów, by nie mieć dzieci (zwłaszcza w Polsce)

Niektóre być może dość subiektywne. Oczywiście, jeśli ktoś chce mieć dzieci, to niech sobie ma; jeśli ktoś chce, ale nie może, a „zegar mu tyka”, to szczerze współczuję; ale są i tacy, którzy nie chcą i niektórzy uważają ich za egoistów (na przykład), albo w ogóle nie rozumieją, że tak też można.

Niedawno wspomniany w poprzednim wpisie Wojciech Górny „włożył kij w mrowisko”, udostępniając ten oto artykuł: We need to talk about the ethics of having children in a warming world („Musimy porozmawiać o etyczności posiadania dzieci w rozgrzewającym się świecie”). Później było spotkanie o świadomym życiu bez dzieci, później znalazłam bloga bezdzietnik.pl (już obserwuję!) i książkę autorki, pt. Szczerze o życiu bez dzieci. Jak widać, temat jest traktowany dojrzale z najróżniejszych perspektyw.

Globalne ocieplenie

Kiedyś byłby to dla mnie jeden z dalszych powodów; na przykład dziesięć lat temu, gdy co prawda mówiło się już regularnie, że sprawa jest naprawdę poważna, ale nie było tego jeszcze aż tak widać „za oknem”. Oczywiście są na świecie dzieci, które znam i lubię, podobnie jak ich rodziny. Ze względu na nie, mam jednak nadzieję, że jakoś uda im się przetrwać; ale na pewno nie narażę własnych dzieci na skutki zmiany klimatu na Ziemi, dlatego że będą potworne.

Grafika w tle pokazuje ocieplanie się Ziemi w latach 1850-2018, za showyourstripes.info. To nie są żarty. Nie wszyscy mogą rozumieć, co to znaczy; ale ci, którzy to wiedzą, nie narażą swoich dzieci na cierpienie.

Oczywiście istnieją oazy stworzone przez ludzi o głębokiej świadomości ekologicznej, samowystarczalne i nie tylko nie szkodzące dzikiej przyrodzie, ale nawet pomagające jej trwać. Jednak byłabym spokojna dopiero wtedy, gdyby stanowiły jakieś 90% ludzkich siedlisk (tylko że wtedy argumentu o globalnym ociepleniu by nie było).

Prawo do własnego ciała i równouprawnienie

To powód nieco polityczny. Nigdy nie urodzę dziecka w kraju, w którym kobieta nie ma prawa do aborcji na każdym etapie, z byle powodu i bez powodu – bo nawet na minutę nie oddam prawa do mojego ciała komuś innemu, a zwłaszcza „państwu”. To wiąże się też z dostępem do wszelkiego rodzaju badań genetycznych; przy dzisiejszym poziomie wiedzy na ten temat, możemy uniknąć wad wrodzonych przynajmniej z dużym prawdopodobieństwem.

Jeśli pary jednopłciowe nie mogą mieć dzieci i zawierać związków małżeńskich, to znaczy że część ludzi zupełnie niesłusznie traktujemy jako gorszych; kto jak kto, ale moje dzieci nie będą żyły w takiej rzeczywistości. Muszą poczekać do następnego wcielenia.

Jak powiedział David Attenborough: „W krajach, gdzie kobiety mają polityczną kontrolę nad swoimi ciałami – mogą głosować, religia ich nie ogranicza, mają dostęp do edukacji, jest wolność oraz poszanowanie praw reprodukcyjnych i są medyczne ośrodki zapewniające kontrolę urodzeń – spada liczba urodzeń (średnio do 1,8). Najprostszym rozwiązaniem problemów świata jest właśnie to: dajmy kobietom prawo do decydowania o swym ciele i życiu.”

Przeludnienie

W pewnym sensie wszystko sprowadza się do tego, że nie da się pogodzić troski o równowagę ekosystemu z ideą wzrostu gospodarczego. Ilości dóbr i usług, oraz przetwarzających to wszystko ludzi nie da się tak po prostu cały czas zwiększać.

Ilość ludzi na świecie jest za duża: to fakt, a kto chce sobie o nim przypomnieć, niech zerknie na World Population Clock. Wchodząc na stronę główną – Worldometers – zobaczymy też kilka innych „zegarów”, na przykład ilość wody spożytej na świecie w tym roku, ilość ludzi niedożywionych, telefonów komórkowych sprzedanych dzisiaj, i tak dalej.

Ale zaraz, skoro pary jednopłciowe nie mogą mieć dzieci, to przecież jest ich przynajmniej trochę mniej, prawda? Otóż niekoniecznie. Ludzie często rozmnażają się w sposób kompulsywny, ze strachu przed starością, samotnością, byciem pominiętym i zapomnianym. Zdarza się, że osoby nieheteronormatywne wchodzą w związki z osobami płci przeciwnej właśnie z takich powodów. Nieszczęśliwi ludzie to większe przeludnienie i więcej cierpienia; ludzie, którzy są szanowani i bezpieczni w całej swej różnorodności, którzy mają zaufanie do siebie nawzajem, mogą lepiej dbać o swoje społeczności.

It takes a village to raise a child, jak mówi afrykańskie przysłowie… potrzeba całej wioski, by wychować dziecko. Niech więc PiS przestanie traktować nas (po raz kolejny) jako ludzi gorszej kategorii, wprowadzając swój pomysł „bykowego”; tylko niech poważnie zajmie się prawdziwymi problemami.

A kto myśli sobie z jakimś takim żalem, że może jego geny są jednak chociaż trochę fajne, i może byłoby warto… niech przeczyta bardzo ciekawą książkę Richarda Dawkinsa, pt. Rzeka genów. Jesteśmy ze sobą wszyscy o wiele bardziej spokrewnieni, niż by się pozornie wydawało! Dlatego nawet jeśli w Waszej najbliższej rodzinie nie ma „następnych pokoleń”, to „najlepsze” geny pewnie i tak znajdą sposób, by przetrwać. Można spokojnie próbować zapisać się w pamięci przyszłych pokoleń inaczej, niż na drodze reprodukcji. ;-)

Są też nieco inne argumenty, we wpisie autorki bezdzietnika: „Moje dzieci będą pracowały na twoją emeryturę”. Czyżby? Wpis gościnny. Polecam wraz z komentarzami!

Poniżej jedno z najpiękniejszych dzieci jakie widziałam i jego dwie mamy; czyli hiszpańska rodzina, o której pisałam jakiś czas temu. Można? Można! Ale nie zawsze trzeba.

View this post on Instagram

¡No Hay Padre! Esta es la respuesta que el otro día dimos a una pregunta mal planteada y desde mi punto de vista hecha con la intención de molestar. La pregunta era. Me inquieta mucho desde hace tiempo ¿que haréis cuando Àlex pregunte por su padre? ¿Te inquieta? 😒 ¿padre? Esta persona ni siquiera nos sigue por lo que yo que ya tengo un radar en detectar quien tiene interés real y quien viene a jodernos el día. Le contesté que esa pregunta no es correcta, porque no hay padre y que no entendía que le podía inquietar. A raíz de eso, mucha gente dice que le extrañó que respondiese así, cuando hay un padre evidentemente. Sinceramente esto me hizo pasar unas horas de mierda hasta que pude asimilarlo. Me dijeron que a mi hijo no le puedo ocultar de dónde viene. ¿Estamos Locxs? Mi hijo tiene su vida escrita, y sus dudas, sus dos madres estaremos encantadas de responderle y despejarle cualquier curiosidad. Mi hijo también tendrá respeto por la intimidad de las personas, y confianza en el ser humano. La palabra correcta para dirigirse a esa semilla que nos ayudó a crearle se llama DONANTE. Conocerlo en España es totalmente ilegal, porque el requisito es que sea anónimo. Padre es quien cuida, te quiere, te da valores, está a tu lado. Padre no es quien va a una clínica a donar semen para que lo congelen y ayudar a personas como nosotras a tener un hijo. ¿Creéis que está pregunta se la hacen a una pareja heterosexual? ¿En la que el semen del hombre no funciona y han tenido que buscar un donante? O como en este caso hay un hombre, el papel de padre está cubierto ¿no? Ese es el problema, que algunas personas no conciben una familia, si no está, la figura del hombre presente. Al hombre se le respeta, a las Mujeres se nos cuestiona. No se trata de ocultar información sino de llamar a las cosas por su nombre. Cuando a tu mujer le siguen llamando tu amiga a pesar de veros con un hijo, y muestras de amor. Cuando a punto de dar a luz te preguntan por el padre en el hospital. Mi hijo no tiene Padre, tiene dos madres que son leonas, y espero que podamos darle las armas suficientes Para responder con educación a lo que le pueda venir. Eduquemos en diversidad. 🙏🏻 ♥️

A post shared by Oh!Mamiblue (@oh.mamiblue) on

 

 

Oh!Mamiblue

Na początku zeszłego roku przez Instagram przeszła burza, gdy pewne dwie Hiszpanki zamieściły tam zdjęcie jak leżą w łóżku ze swoim małym synkiem. Ogromna ilość reakcji na tę fotografię szybko wyniosła ją na szczyty popularności, zwracając również uwagę homofobów. Zaczęły pojawiać się negatywne komentarze i zgłoszenia, które spowodowały że Instagram usunął zdjęcie. Wtedy jednak zaprotestowali użytkownicy, którzy byli po stronie bohaterek, udostępniając zdjęcie ponownie i opatrując je hashtagiem #yosoloveoamor (ja widzę tylko miłość). Ostatecznie fotografia została przywrócona, stając się niemal symbolem walki o widoczność, równość i tolerancję dla mniejszości.

Obecnie fotografia jest już przywrócona na stałe, a konto Oh!Mamiblue cieszy się niesłabnącą popularnością. Życie dwóch mam, jednego synka i dwóch psów obserwuje teraz 166 tysięcy osób. Podróżują, gotują, dzielą się przepisami na zdrową żywność, różnymi doświadczeniami, zmaganiami z codziennością… i codziennie z niesłabnącą otwartością i zaufaniem do świata pokazują swoją rodzinę, z uporem udowadniając, że najważniejsza w niej jest miłość.

Czytaj dalej „Oh!Mamiblue”