Wyznania miłosne (eros i agape), oraz inne też

Być może nie wszyscy wiedzą, ale kompletnie nieznana artystka od mniej więcej połowy lipca jest poetką. Przyczyną tego zwrotu na drodze artystycznej nie jest żadna Muza (jeśli nie liczyć siedmiu aktorek z pięciu krajów, i im podobnych), ani nie żadne natchnienie, tylko zwykła życiowa konieczność – konkursów na książkę artystyczną jest za mało. Cóż, konkursy to sól życia artystów; potrzebne są albo żeby w nich startować, albo żeby je olewać i robić swoje. Jedno i drugie potrafi być równie budujące i owocne, niezależnie od wyników (co do których zawsze ktoś będzie miał pretensje, ma się rozumieć).

Kompletnie nieznana artystka czasem potrzebuje terminu i regulaminu; wtedy startuje. Potem znów ich nie potrzebuje ani trochę – wtedy rzuca konkursy w jasną cholerę. Tym razem doczekała się wyróżnienia; toteż w tle zamieszczam pamiątkowe zdjęcie kompletnie nieznanej artystki wśród przedstawicieli świata kultury i sztuki. Upublicznię też jeden z konkursowych wierszy, który został przez autorkę odczytany osobiście (mimo że tysiąckrotnie wolałaby odczytać czyjś inny wiersz, a do własnego – upolować jakąś aktorkę; liczyła jednak, że wyróżnionych nie czytają… no i się przeliczyła, bo główny laureat się spóźnił).

Sayonara
Jest za późno kiedy pytam, czy przyjdzie
Należy do niej najpiękniejszy odcień szarego błękitu
Którym się otacza, bo nie ma go w sobie
Jakże wymownie
Psychologowie są bezradni

Można podejrzewać, że wiersz ten zainspirowany jest czwartą aktorką z piątej książki o Safonie; bo artystka była jedyną poetką, której temat „poezja ludyczna” nie skojarzył się z festynem, tylko ze starożytną saficką liryką, a co za tym idzie – z jej własnym dziełem na ten temat. Należy tym samym odnotować, że jest to pierwsze w historii nawiązanie artystki do Safoksiążek, od czasu zakończenia tego projektu. Czwarta aktorka z piątej książki może nie przypomniałaby się artystce, gdyby nie to, że zagrała niedawno w filmie, o którym napisałam też tu: pt. Tajemnice Morza Sargassowego. Badacze językowej palety kolorów mogą przypuszczać, że skojarzenia chromatyczne wywodzą się właśnie z tego filmu.

Tyle teorii artystyczno-literackiej… a teraz, jak zwykle, korespondencja z weekendowym redaktorem kulinarnym (który w sobotę filozofował o parówkach, a w niedzielę – o dziejach łakomstwa i obżarstwa. Muszę koniecznie zakupić książkę Adrianny E. Stawskiej na ten temat):

A ja właśnie zjadłam parówkę na śniadanie!

Na stacji, bo jestem w trasie!
Nie pisałam wczoraj, bo wiozłam uroczą pasażerkę z bardzo długimi nogami, więc nie mogłabym się na Panu należycie skupić (i jeszcze na drodze). Dziś pasażerki już nie ma, więc znów Pana kocham.
A obżarstwem nie grzeszę, wręcz przeciwnie – całe życie mam niedowagę, oprócz czasu kiedy mieszkałam w Grecji. Tam obiadokolacje trwały przynajmniej 5 godzin i ważyłam całe 52 kilo!

Szerokości!

Flora zza kierownicy

Na żywo

Stała się rzecz nietypowa: komplenie nieznana artystka została wyróżniona w konkursie na poezję ludyczną, chociaż nie jest ani poetką (jak dotąd), ani ludyczną. Nie mogła jednak znaleźć konkursu na książkę artystyczną, więc to było najbliżej. Z kolei intymistyka była najbliżej ludyczności… tak jej się przynajmniej wydawało. Może zatem będzie można spotkać ją na żywo na drugim końcu Polski (patrząc stąd). Nie jest to pewne niestety, bo nie wiadomo czy będzie miała za co wrócić (tak to z nieznanymi artystkami bywa). Tymczasem pan redaktor nie mógł być na żywo w ostatnią sobotę, w czym zorientowali się wszyscy oprócz mnie; dlatego korespondowałam jak gdyby nigdy nic:

U mnie narosło tyle warzyw, że człowiek cały dzień może zajmować się niemal wyłącznie zbieraniem, przetwarzaniem i zjadaniem! Szczególnie jeśli lubi jeść godzinami, tak jak ja (styl śródziemnomorski). Szczęśliwe mięso co prawda mam w zasięgu, ale rzadko chce mi się po nie chodzić; bo nie ma go w sklepie, tylko trzeba się zorientować w kwestii dostawy tego czy innego zwierzaka niemal prosto z zielonej łąki. 
Natomiast zwierzęta moje – domowe i dzikie – co to niby powinny być mięsożerne, zajadają się owocami. Pies mój pochłania gruszki (jeśli osy się z nim podzielą), a kuna zjadła mirabelki i czereśnie sąsiadów, a teraz czeka, aż dojrzeje czeremcha. A myślałam, że kuny jedzą tylko myszy, watę szklaną i kable samochodowe!