No Nonsense

Flora Eerschay nieco się zmienia z rokiem dwa tysiące dwudziestym, odzwierciedlając łagodny zakręt w twórczości kompletnie nieznanej artystki. Jeden z moich zeszłorocznych tekstów ukazał się w gazetce wrocławskiej kawiarni Macondo, pt. „Sto Stron Samotności”. Choć bardzo mnie to cieszy, to nie zgadzam się na publikowanie kolejnych materiałów bez autoryzacji.  Tekst, który się ukazał w gazetce, to ten: „Trochę o życiu, trochę o śmierci… i o pasterce Lauren M.”. Na pewno będę wracać do tematu etycznego omniworyzmu i nie zawsze etycznego postępowania organizacji „prozwierzęcych”, choć mam nadzieję, że tych ostatnich sytuacji już nie będzie.

W związku z przysłowiowym końcem świata, który nastąpił – po ostatnich pożarach chyba możemy się co do tego zgodzić – na pewno będę przybliżać czytelnikom ideę realnej permakultury, ale także znajdować w jej kontekście miejsce dla kultury w ogóle, nauki i sztuki. Myślę, że „permanentna kultura” to szczególnie moja działka. Mój wcześniejszy kierunek tęczowo-feministyczny jest oczywiście częścią tej kompozycji, więc wcale z niego nie rezygnuję. Spodziewamy się zresztą bardzo ciekawych wydarzeń w tej dziedzinie.

Zapowiadają się wyjątkowe czasy! Tytuł tego wpisu – „no nonsense” – staje się chwytliwym hasłem. Szukam jego polskiego odzwierciedlenia. Tłumacz Google podpowiada: „rozsądny”! Podoba mi się, że jest w tym trochę brzmienia angielskiego wyrażenia, ale zanika rytm oryginału.

Wracam do pilnych zadań, które dziś odrywają mnie od większych porządków w szafie Flory, i pozostawiam zwyczajową korespondencję z niezawodnym panem redaktorem:

Dzień dobry!
Ja w dzieciństwie robiłam „zupę dla pająków”: napluć do dziury w chodniku i powtykać w to różne rzeczy znalezione dookoła. Nie sądzę, żeby pająkom smakowało, ale to był chyba mój pierwszy autorski przepis. 
Sama nie jadłam nic; chociaż spotkałam niedawno panią, która znała mnie w tych zamierzchłych czasach i twierdzi, że zdarzało mi się zjeść bułeczkę z dżemem. 
Tymczasem ostrzę noże i myślę sobie, że „tuszka” to bardzo ładne słowo. Językoznawcy podobno uważają, że najładniejsze polskie słowo to „filiżanka”. Polemizowałabym!
Pozdrawiam znad ostrzałki
Flora

Na zdjęciu w tle moje wrzeciona tybetańskie, które nie mogą się doczekać wiosennej strzyży!

Szkic jesienny

Przyszła większość z jesiennej listy książek, które chciałam zdobyć; jeśli się nazbiera wystarczająco dużo, to moje świąteczne prezenty będą jak zwykle książkowe. Zazwyczaj jednak nie rozdaję książek, których nie przeczytałam, dlatego zakupy robię z odpowiednim wyprzedzeniem… no i zawsze są takie, z którymi nie zamierzam się rozstać nigdy. Albo bardzo długo.

Po pierwsze, przyszła trylogia Virginii Despentes, pt. Vernon Subutex. Używana, a poprzedni właściciel zapakował książki w karton po farbach w sprayu ręcznie pakowanych w Barcelonie… jakoś pasuje mi to do tej pisarki, o której wspominałam redagując artykuł o erotyce w sztuce na Wikipedii.

Razem z nią przyszły pamiętniki Anne Lister, pod redakcją Heleny Whitbread. Te chciałam przeczytać od kiedy pojawił się pierwszy sezon serialu Gentleman Jack. Drugi sezon jest już zapowiedziany, może pojawi się jesienią?

Kolejne książki też są za sprawą serialu; całe lato oglądałam Rodzinę Durrellów, z Keeley Hawes w roli pani Durrell, wdowy która postanawia wraz z czworgiem swoich dzieci zamieszkać na greckiej wyspie Korfu. Serial powstał na podstawie wspomnień najmłodszego syna, Geralda, przyrodnika trochę a’la David Attenborough. Ale to najstarszy syn, Lawrence, był pisarzem (i dyplomatą). Jego tetralogia pt. The Alexandria Quartet o mało nie dostała nagrody Nobla. Wraz z nią przybyła do mnie inna powieść tego autora: Prospero’s Cell.

Ostatnia  książka jest z nieco innej beczki: Raising Animals for Fiber autorstwa Chris McLaughlin. Ma to związek z moją niesłabnącą pasją do zwierzaczków, ekologii, oraz takich górnolotnych idei jak permakultura i samowystarczalność żywieniowa. Przy okazji polecam permakulturową „klasykę” w wersji polskiej, do pobrania za darmo: Istota Permakultury (pdf). Natomiast Raising Animals for Fiber to książka o hodowli zwierząt na wełnę. Autorka hodowała króliki, zanim zainteresowała się przędzeniem i wełną. Książka jest o owcach, alpakach, kozach i królikach angorskich. Nie ma nic o jedwabnikach… (ani o przędzeniu sierści psów, kotów czy innych mniej typowych zwierząt). Z grubsza opisuje ważniejsze aspekty hodowli – zdrowie, żywienie, różne wymagania i tak dalej. Właściwości wełny oczywiście też. I cechy charakteru: owce nieco wycofane, kozy ciekawskie i bardziej jak psy, alpaki trochę jak koty, króliki – przyjazne… książka raczej dla „małych hodowców” albo hobbystów, nie o masowej produkcji. Autorka napisała też książkę o farbowaniu barwnikami roślinnymi, nie przetłumaczoną na polski na razie.

No to czas na korespondencję około-kulinarną:

Zrobiło się deszczowo, zaparzam właśnie kawusię i marzę o wolnej chwili, żeby upiec ciasto według przepisu mojej cioci. Jest w nim osiem jajek, dużo masła, orzechów, glutenu i kalorii. Ostatnio połączyłam te wątki z przepisem mojej babci, na ciasto z kaszki manny. Było pyszne!
W ogródku dojrzewa jedyna tykwa i sporo dyń, rozochociła się też bazylia, chociaż kupiłam ją z litości, bo była w promocji i dogorywała. Tymczasem zarosła pół rabatki pod dyniami i kwitnie jak szalona. Ktoś z sąsiadów-pszczelarzy ma miód bazyliowy!
Wiedzę kulinarną czerpię oczywiście też z internetu; na przykład ostatnio dowiedziałam się, że liście morwy i rokitnika są bardzo zdrowe i można z nich robić napary. Już ususzyłam na zimę. 
Odkryłam też, że dawno temu w Polsce hodowano jedwabniki! W takim Ciechocinku sadzono morwy gdzie się da. Kokony tych jedwabników się następnie gotuje, żeby z nich odwinąć nitkę, a ugotowane wewnątrz larwy są podobno potrawą w kuchni azjatyckiej. 
W przyszłym roku chyba spróbuję, aczkolwiek nie wiem, czy ugotowaną larwę bym zjadła… może lepiej dam psu ;)
Pozdrawiam z chłodnawej introligatorni (gdzie mam teraz nowego, uroczego asystenta).

Trochę o życiu, trochę o śmierci… i o pasterce Lauren M.

Ech, ciągle nie mam czasu napisać do pana redaktora, a tę sprawę miałam poruszyć jeszcze przed listem Lauren M. do świata. Otóż permakultura i ekologia często kojarzą się z wegetarianizmem, a nawet weganizmem. Wielu ludzi myśli że ja także jestem wegetarianką; i w praktyce rzeczywiście niemal tak jest, ale w teorii (czy raczej ideologii) – zupełnie nie. Otóż ja staram się jeść tylko te zwierzęta, które miały nie więcej niż jeden zły dzień w życiu (jak to określił mój permakulturowy idol). Można się domyślić, który to dzień. Ponieważ bardzo rzadko takie zwierzęta spotykam, a sama ich nie hoduję w tym celu (i najprawdopodobniej nigdy się to nie stanie), to w praktyce jestem w zasadzie wegetarianką.

Faktem jest, że bioróżnorodność na Ziemi jest poważnie zagrożona i co rozumniejsze istoty ludzkie decydują się nawet, by z tego powodu nie mieć dzieci. Faktem jest też, że gospodarstwa permakulturowe w których żyją zwierzęta (i spełniają przynajmniej trzy różne funkcje) są wydajniejsze niż ich wyłącznie roślinne odpowiedniki. No i jest prawdą, że gdyby ludzi na Ziemi nie było po prostu za dużo, to ani plastik, ani śmieciowe jedzenie, ani zanieczyszczenie powietrza nie byłyby problemem (dlatego najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów świata jest radykalny feminizm; ale na wszystko już za późno, bo zmiany klimatu nie zatrzymamy).

Możemy tylko przystosować się do nadchodzących zmian i nie uda nam się to, jeśli dalej będziemy oddalać się od natury; wbrew temu, co twierdzą hipsterzy w stolicach świata, którzy są bardzo zero waste i cruelty free, ale płaczą że w Berlinie nie można dostać meksykańskich pomidorów, a na wakacje lecą na drugi koniec planety, o którą tak się troszczą. Oczywiście, nie ma się co zżymać; po pierwsze, kto bogatemu zabroni. Próbowaliśmy i jak dotąd nie udało się zabronić niczego. Po drugie, nawet w największym kryzysie klimatycznym nie każdy musi chcieć zbliżać się do natury, zwierząt, roślin, ani nawet wyhodować sadzonki z korzenia pekinki na parapecie. Dróg do szczęścia jest bardzo dużo, a wybór między życiem, cierpieniem i śmiercią nigdy nie jest łatwy. Oddaję głos Lauren M.:

Właścicielka wegańskiego sanktuarium dla kóz zażądała, bym oddała jej jedną z moich samic, którą przeznaczyłam na mięso. Kiedy odmówiłam, udostępniła moje imię i profil swoim 600 tysiącom fanów wiedząc, że mnie zaatakują – i tak zrobili.
Wczoraj ktoś wszedł na moje gospodarstwo i ukradł tę kozę, która była przeznaczona na mięso.
To, czego ci ludzie wydają się nie pojmować, to że mogę kochać zwierzę i jednocześnie zadać mu śmierć.

List Lauren jest ważny moim zdaniem właśnie dlatego, że porusza w nim wiele istotnych wątków, o których bardzo rzadko się mówi. Jak często właściciele domowych pupili skazują je na długie cierpienia, tylko dlatego że nie potrafią się z nimi rozstać?

Biliony ludzi zjedzą dziś mięso, tak jak i jutro i każdego następnego dnia. Ale ludzie zaczynają rozumieć, że chcą jeść mięso zwierząt hodowanych w lepszych warunkach. Przede wszystkim, szukają zwierząt które były zadbane.

Rolnicy hodują zwierzęta wiedząc, że pewnego dnia one umrą, by was nakarmić. Jestem z nimi w dniu ich narodzin i jestem z nimi w dniu ich śmierci, i każdego dnia pomiędzy. Jestem z nimi gdy są chore, gdy są głodne, gdy są spragnione i bardzo często jestem z nimi tylko dlatego, że wolę ich towarzystwo.

Czy to nie lepsze podejście, niż traktowanie zwierząt gospodarskich jak maltretowaną kurę, za którą niedawno sędzia obniżył wyrok, bo przecież „maltretowanie kury jest mniej szkodliwe społecznie”?

Wielu z nas spędza więcej czasu ze zwierzętami, niż z naszymi najbliższymi.

Kochamy je, bo wy nie możecie. Nasze społeczeństwo nie rozwinęło się w taki sposób, który pozwalałby nam dalej być blisko gospodarstw. Byłoby niemożliwe, by wszyscy wrócili do hodowania własnego jedzenia.

Stąd moim zdaniem bierze się traktowanie współczesnych problemów w oderwaniu od siebie; zero waste, cruelty free, slow food, to coraz częściej tylko puste hasła, które nie łączą się w żadną sensowną całość.

[…] Do osoby która ukradła zwierzę z mojego stada, ma na imię Parsley i uwielbia marchewki. Nie karmcie jej zbożem. Jest 100% na trawie i dostałaby kwasicy. Uważajcie zamykając ją. Łatwo się zaklinowuje i będziecie musieli ją sprawdzać przynajmniej dwa razy dziennie.

Udostępnijcie tę historię. Wielu drobnych rolników takich jak ja zrezygnowałoby po czymś takim, ale ja nie zrezygnuję i żaden inny mały rolnik też nie powinien.

Lauren nie ujawniła tożsamości organizacji, która ją zaatakowała. Deklaruje, że jej list jest tylko wyrazem wsparcia i solidarności dla innych małych rolników, którzy dbają o swoje zwierzęta. Dawno straciłam zaufanie do większości organizacji „prozwierzęcych”, chociaż wiem że chcą dobrze; i mam nadzieję, że zwierzęta będące pod ich opieką też mają nie więcej niż jeden zły dzień w życiu.

Wielu ludzi nie je mięsa z przyczyn ideologicznych, albo wierzą że to po prostu zdrowe (i mają rację). Nasze psy i koty mają ogromny „ślad węglowy”, nie tylko dlatego, że zazwyczaj jedzą mięso, ale też dlatego, że ludzie często kompulsywnie wręcz zasypują je wszelkimi możliwymi zabawkami i gadżetami. Nie pełnią też żadnych funkcji w gospodarstwach, z których bierze się nasze jedzenie, bo zazwyczaj po prostu nie są ich częścią.

Nie twierdzę, że od teraz powinniśmy hodować tylko zwierzęta roślinożerne; ale popadanie w skrajności i traktowanie złożonych systemów i problemów jakby były przypadkowym zbiorem chwytliwych haseł prowadzi donikąd. Znacznie lepiej byłoby znaleźć w naszym świecie miejsce dla zwierząt gospodarskich i walczyć przede wszystkim o jakość ich życia, oraz nie oddalać się od natury naiwnie myśląc, że kiedyś wszyscy będziemy szczęśliwi żyjąc w zabetonowanych miastach i jedząc larwy much.

Nieoficjalny dzień nicnierobienia

To chyba jednak dzisiaj, bo wpół do dziesiątej i wszyscy śpią… ale ja nadrabiam korespondencję.

Dzisiaj przepis! Ze sklepu: serek biały tłusty, śmietana dwunastka, czarnuszka, chia i trochę soli. Z ogródka: szczypiorek, sałata i tymianek. Wszystko to porwać, posiekać, pomieszać i wstawić do lodówki, a następnie ugotować jajek na twardo. Niektórzy mają jajka z ogródka, bo kury są świetnymi pomagierami i ekoogrodnicy je reklamują jako jedne z najfajniejszych zwierząt do miejskich ogrodów; no ale ja nie mam. 
Idę polować na sroki! Uzbroję się w kamerę, coś do rysowania i coś do czytania i się nie ruszę, dopóki nie zarejestruję jak nurkują w wiadrze z wodą. Jeśli nie odezwę się za tydzień, to znaczy że przysypała mnie tona mirabelek (szykuje się ich naprawdę dużo).
P. S. Zapomniałam, że jeszcze wkroiłam czosnek z ogórków małosolnych, które mam od paru dni, a groszku nie, bo ostatnio daję do wszystkiego, więc ile można. 
Mirabelki nadal się szykują, ale już robią się żółte, a do tego trawa cytrynowa wymaga przerzedzenia, więc chyba poszukam sposobu na połączenie tychże.
A tydzień później… po prostu wszystkiego było więcej:
W ogrodzie rozkręciły się ogórki, więc nastawiam małosolne, które są zjadane akurat jak wyrastają następne. Kwitną melony, dojrzewają pomidory, a z kwiatów dyni i cukinii można zrobić różne rzeczy! Tylko z męskich, bo z żeńskich będą owoce. 
Ja na przykład lubię te kwiaty w jajecznicy, w której ostatnio wypróbowałam też łączenie masła i żółtka tak jak pan powiedział! Pyszne i ciekawe!
Teraz jest jeszcze więcej, bo pojawiają się pierwsze cukinie. Artystka jednak zapracowana, bo musi napisać kilka utworów literackich i nie tylko, oraz zilustrować książkę nagradzanego poety, która będzie uczyć dzieci praktyki uważności. Proszę być czujnym!
W tle kwiaty cebuli, które pachną cebulą; co za niespodzianka.

Więcej wszystkiego (zielonego, słodkiego)

Następne książki czekają w kolejce do zrobienia – pozłacana miniaturka, bajka o trollach, Flory Eerschay podróże kosmiczne… trzeba dobrać nici, okładki, szyć i oprawiać. Zielenina nic o tym nie wie i pędzi w kierunku apogeum letniego szaleństwa:

Faktycznie, w nocy popadało! 
Napitek robiliśmy ostatnio z trawą cytrynową, młodą, co niedawno urosła w doniczce. 
W ogrodzie szaleje burak liściowy, który zaczyna rządzić się prawem dżungli: zjesz, albo będziesz zjedzony! Był już w zupie (ze szparagami, włoszczyzną, olejem z orzechów włoskich, i z mąką z konopii – chciałam mąkę z pestek dyni, ale nie mieli). Był w drugim daniu, z czarnym ryżem i groszkiem; a i tak następnego dnia odrasta go tyle samo, albo i więcej. 
A wie pan, że gdyby 10% mieszkańców miast zajęło się uprawą i przetwarzaniem żywności w mieście i na terenach podmiejskich, to można by niemal całe wielkoobszarowe rolnictwo zamknąć i zwrócić przyrodzie obszary, które obecnie zajmuje?
Tak powiedział mój mądry znajomy! Ja, w ramach wielkomiejskiej fanaberii, niedawno pierwszy raz wypożyczyłam samochód elektryczny – i co grało w środku? Antyradio! Aż musiałam ściszyć, bo wyło na cały regulator!

Ten mądry znajomy to Wojciech Górny, który zarządza stroną permisie.pl, prowadzi bloga pt. Moja Ostoja Daleko od Szosy i Facebookową grupę Projektowanie Permakulturowe. Jest taki mądry, że już po przeczytaniu poprzedniego zdania możecie czuć się mądrzejsi, niż przed chwilą ;-) ale, jak to w dzisiejszych czasach bywa, nie poznaliśmy się jeszcze w realu. Mam nadzieję że nadrobię przy okazji jakichś warsztatów lub innych ciekawych wydarzeń.

Tymczasem idę na warsztaty robienia papieru marmurkowego… w bajce o trollach raczej go nie wykorzystam, bo ma być radykalnie ekologiczna, a w tej technice chyba się używa jakiejś niezdrowej chemii, od której dżdżownice mogłyby dostać niestrawności. Nie wiem jednak na pewno; większość rzeczy, których używa się do ręcznego robienia książek, składa się głównie z celulozy i wcale nie jest toksyczna. Zamierzam w tym temacie promować radykalną ekologię (szczególnie w kwestii tzw. druku na życzenie). W przegranej walce o klimat i bioróżnorodność nie powinniśmy rezygnować z rozwoju nauki i sztuki, hej!