Nowe Horyzonty 2019: cztery filmy

 …i piąty, na który nie wpuścili. Na oko niewiele je łączy, ale jak je teraz wspominam, to wszystkie zdają się pasować do mojego ąturażu. W kolejności oglądania:

Obywatel Jones

Nowy film Agnieszki Holland, w którym główną rolę – walijskiego dziennikarza informującego świat o wielkim głodzie w latach 1932-1933 na Ukrainie – zagrał James Norton, znany m.in. z serialu Happy Valley (Sally Wainwright). Mam wrażenie, że w serialu zagrał lepiej, niż u Agnieszki Holland; co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Sally Wainwright jest naprawdę dobra w psychologię (i dramaturgię). Ciekawą postać stworzyła też Vanessa Kirby, świetna jako księżniczka Małgorzata w serialu The Crown. Jak napisał o Jonesie Radek Wiśniewski na facebookowej stronie Laboratorium Empatii:

„Gareth Jones chciał ruszyć na Ukrainę już w 1932 roku, jednak po pierwsze był zajęty przez cały rok asystowaniem w spisywaniu wspomnień wojennych swojego patrona, a po drugie dramatyczne wydarzenia w styczniu i lutym 1933 roku Niemczech, gdzie Hitler przejmował właśnie władzę, spowodowały, że musiał nieco zmienić plany. Wyjechał do Niemiec, widział moment zaprzysiężenia Adolfa Hitlera na kanclerza Niemiec, leciał z nim nawet jednym samolotem, przeprowadził z nim wywiad jako jeden z pierwszych dziennikarzy. Wcześniej czytał „Mein Kampf”, nie miał najmniejszych złudzeń co do planów Hitlera i istoty zdarzeń, których był świadkiem.”

Że temat ważny i moment odpowiedni, można się przekonać czytając choćby artykuł Wacława Radziwinowicza w lipcowej Wyborczej, pt.: „Zimna wojna w skwarze globalnej odwilży„. Cytat:

„Ocean Arktyczny jest miejscem, w którym ostatecznie mogą się rozstrzygnąć losy ludzkości. Nieprzypadkowo nad tymi wodami bardzo często dochodzi do incydentów z rosyjskimi samolotami wojskowymi. […] A głęboko pod skutą lodem powierzchnią w wąwozach na dnie oceanu stale czyhają amerykańskie i rosyjskie atomowe okręty podwodne uzbrojone w rakiety balistyczne.”

Film piękny, chociaż mroczny i smutny. Miejmy nadzieję, że historia się nie powtórzy, nawet jeśli arktyczne znaki wskazują co innego…

Varda według Agnès

Drugi film, to dokument na temat zmarłej w tym roku francuskiej artystki, który wyreżyserowała… ona sama. Częściowo złożony z nagranych spotkań z nią. Wiele z nich przypomina wykłady na temat sztuki filmowej. Są fragmenty jej najlepszych i ulubionych filmów (z których najchętniej zobaczyłabym „Cleo od piątej do siódmej”, z roku 1962), tematy które podejmowała (jak zalegające na francuskich polach ziemniaki, odrzucone z powodu nieodpowiednich kształtów – na przykład serca), instalacje i działania performatywne (pewnego dnia Agnès Varda przyłączyła się do manifestacji, z hasłem „wszystko mnie boli”; nawiązując do rysunku Jean-Jacques’a Sempé). Na jednym ze spotkań z młodymi ludźmi, mówiąc o walce o prawa kobiet, wolność od religii i prawo do własnego ciała, wzruszająco skomentowała tamte czasy: „dla was to wydaje się prehistoria, ale wtedy naprawdę o to walczyliśmy”…

Tajemnice Morza Sargassowego

Na ten film dostałam się dopiero za drugim razem. Co ciekawe (albo raczej dziwne), większość widowni wyszła po filmie, nie czekając na spotkanie z reżyserem; które, jak podejrzewam, było jedną z atrakcji przyciągających takie tłumy. Fakt, że nie zapalono światła gdy film się skończył (dopiero po napisach), przez co czekanie się przedłużało, a publiczność nowohoryzontowa ma przecież pierdyliard filmów do obejrzenia.

Film chciałam zobaczyć dlatego, że grała w nim Youla Boudali, która wystąpiła kiedyś w efemerycznym dziele kompletnie nieznanej artystki. Ryzykując wszystko i nie mając z tego nic; jak to bywa, kiedy ktoś się wplącze między nieznanych artystów i ich kuriozalne idee. Youla Boudali jest też współautorką scenariusza „Tajemnic Morza Sargassowego”; i to nie pierwszy raz, kiedy reżyser Syllas Tzoumerkas (reklamowany jako przedstawiciel „greckiej nowej fali”) w ten sposób z nią współpracował.

Film opowiada o mieszkańcach małego portowego miasteczka, powiązanych skomplikowaną siecią wzajemnych zależności, szantaży i oszustw, z której nikt nie potrafi się uwolnić. Jak powiedział reżyser, chciał by już na początku postaci wyglądały, jakby zrezygnowały z walki o siebie. Jest w nim sporo przemocy, fizycznej i psychicznej; jeden z widzów wręcz opierniczył reżysera, za to że zrobił tak brutalny film. Zaraz jednak inna kinomanka odezwała się w obronie filmu, że jest w tym autentyczność, a w tej autentyczności – piękno. Jest to zresztą cecha wspólna wszelkich dramatycznych wydarzeń, które dzieją się w Grecji… zawsze są skąpane w jasnym błękicie i lekko kiczowatej urodzie tego miejsca.

Portret kobiety w ogniu

To ten, na który nie wpuścili. Może dlatego, że o filmie napisali w gazecie, że absolutnie wyjątkowy. Może dlatego, że już nagrodzony w Cannes. Może dlatego, że czasem nie da się wytłumaczyć aż takich tłumów na festiwalu Nowe Horyzonty… tym bardziej, że ten film grano na festiwalu cztery razy. Cóż, pozostaje odnotować, że film Céline Sciamma trzeba zobaczyć i mam nadzieję, że przynajmniej przez chwilę będzie w kinach.

Czekanie w kolejce nie było jednak całkiem bezowocne; od pani za mną dowiedziałam się, że ogromnie jej się podobał debiut pewnej marokańskiej reżyserki. Pani była w Maroku dwa razy, oczywiście było pięknie, ale w filmie można zobaczyć jeszcze głębszy i bardziej intymny obraz tego miejsca, które jest tłem dla pięknie opowiedzianej historii kilku osób… i tak trafiłam na mój ostatni nowohoryzontowy film:

Adam

Na tym filmie publiczność zaskoczyła mnie po raz kolejny, bo… zjawiła się nielicznie. Czy dlatego, że to już niedziela i wszyscy zmęczeni? Czy może rekomendacja pani z kolejki mniej warta, niż oficjalne recenzje, nawet jeśli pani aż pojaśniała, opowiadając o tym filmie? Nie wiem, ale osobiście przyznałabym Adamowi nagrodę za „najpiękniejszy film, którego nikt nie zauważył”.

Historia dzieje się między samotną matką ośmioletniej dziewczynki, utrzymującą się z piekarni prowadzonej na parterze własnego domu, ciężarną dziewczyną, która pewnego dnia zjawia się pod jej drzwiami, oraz nieśmiałym acz nachalnym amantem, który próbuje zdobyć serce tej pierwszej – bezskutecznie. Właściwie każdy kadr z tego filmu można by wydrukować, oprawić w ramkę i powiesić na ścianie jak obraz – a jednocześnie nie jest to film popadający w ilustracyjny samozachwyt. Maryam Touzani świetnie posługuje się czasem, który nagle wyhamowuje, gdy Samia rodzi dziecko i kilka godzin, w czasie których decyduje, co zrobić dalej, trwa niebywale długo (w proporcji do reszty filmu).

Bohaterem drugoplanowym jest rziza – marokański przysmak, którego przygotowanie przypomina przędzenie długiej nici z ciasta. Niestety, to pewnie jeden z tych filmów, których już nigdy nigdzie nie będzie można zobaczyć. No to proszę, chociaż tyle:

Rośliny, filmy i fermentacja

Mam wizję: kiedyś w miastach w ogóle nie będą mieszkać ludzie, tylko same roboty. Będą robiły to, co lubią najbardziej: przeliczanie czegoś, wysyłanie, odbieranie, jakieś tam statystyki. Czasem jedno miasto robotów zbombarduje drugie miasto robotów, a trzecie je odbuduje, ale nikt nie będzie płakał, bo to tylko trochę złomu. Ludzie będą mieszkać na wsiach, gdzie będą mieli ogródki takie jak mój (tylko większe i będą mogli mieć alpaki, króliki, kucyki i kozy angorskie). Miasta-roboty będą tych ludzi chroniły, mniej więcej tak jak my teraz chronimy różne puszcze i rezerwaty (tylko lepiej), chociaż nie będą wiedziały dokładnie po co; tak jak my w głębi duszy nie do końca wiemy, po co chronić jakieś różne żyjątka, co ich nawet nigdy w życiu nie spotkamy, ale wiemy że tak trzeba. Miasta-roboty też będą wiedziały, bo tak będą zaprogramowane.

Startuję ostatnio w licznych konkursach literackich, bo mam wrażenie że mi to lepiej idzie, niż konkursy plastyczne (tzn. nie odrzucają mnie od razu). Powód jest dość praktyczny: narobić własnych tekstów, żeby mieć do książek i artystycznych dzieł. Z tego samego powodu piszę niniejszego bloga. Sprawdza się to na razie. Można powiedzieć, że stosuję zasady permakultury do twórczości artystycznej: na przykład tę, że każdy „zasób” (tu: teksty) powinien pochodzić z trzech różnych źródeł (przynajmniej). Pierwsze, to teksty istniejące (lub odgrzebane, jak poezja Safony), drugie, to różni znajomi (znam niepokojącą ilość poetów), a trzecie – to ja.

Postanowiłam też nie lekceważyć Nowych Horyzontów, chociaż niesamowicie frustują mnie tłumy hipsterów, walka o bilety, stanie godzinami w kolejkach i ogólny szum, który, mam wrażenie, jest trochę sztucznie wygenerowany (za pomocą chaosu). Ale mam nauczkę po zeszłorocznych Dzikich Nocach z Emily, że jak się nie pójdzie na film który grają raz w roku na Nowych Horyzontach, to się go prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy. No i jest to bądź co bądź osiągnięcie, ten tłum, nawet jeśli sztucznie wygenerowany; kultura nasza leży i kwiczy, teatr jest zjawiskiem specjalnej troski, a ludzie chodzo.

Jestem jednak delikatna, więc muszę podchodzić ostrożnie, żeby później nie wieszać psów na instytucjach. Po pierwsze: nie czytam oficjalnych zaleceń, chyba że wyjątkowo. Nie idę tylko dlatego, że każą iść. Nie kupuję hurtowo i nie rezerwuję na wszelki wypadek. Natomiast jeśli coś mi służy, to reklamuję bezwstydnie i nawet na wyrost. Czymś takim jest Filmweb, portal niedoskonały i nierzadko bardziej usiany błędami, niż Wikipedia, ale jednak robi robotę. Mianowicie pozwala śledzić, co robią ludzie, którzy mi się kiedyś spodobali robiąc coś innego (w kategorii film). Szczególnie w przypadku reżyserów, bo gazety zazwyczaj rozmawiają z aktorami, jakby nie wiedząc, kto nimi powoduje, kto w nich przebiera i kto za ich pomocą coś opowiada.

No i dobrze. O Nowych Horyzontach wypowiem się jutro, bo został mi jeszcze jeden film do obejrzenia. A teraz korespondencja o drożdżach (a w tle cukinia i pomidorozaur – po dwóch latach koktajlowych miniaturek rosną mi jakieś mutanty):

A co pan tak fermentuje od rana? Wymieniałam się kiedyś nasionami z miłośnikiem warzenia piwa, ale ilość szczepów drożdżowych mnie onieśmieliła. Sama hodowałam kombuczę; do zielonej albo czarnej słodkiej herbaty wrzuca się kolonię drożdży i bakterii i one przerabiają herbatę na gazowany napój. Kolonia mieszka w warstwie celulozy, która powstaje na wierzchu i przypomina naleśnik albo kożuch. Można ten kożuch potem wysuszyć i robić z niego artystyczne dzieła!
Dzięki kombuczy poznałam też przystojną panią z Instytutu Biochemii Technicznej, która powiedziała, że kożuch się fachowo nazywa: bionanoceluloza. Robi się z niej na przykład opatrunki na oparzenia, bo nie przywiera do rany. 
Tymczasem w ogrodzie szaleją: burak liściowy (wciąż), melony, dynie, pomidory, tykwy, cukinie, poziomki, dzikie róże, ogórki, gruszki, mirabelki, jagody goji, oraz kwiaty łąkowe.