1968, 2016

Zauważyliście coś? Otóż, w 1968 zniesiono Kodeks Haysa, który cenzurował sceny i tematy w filmach amerykańskich, zabraniając na przykład ukazywania homoseksualizmu (zwłaszcza w pozytywnym świetle), oraz różnych innych wówczas niemoralnych zachowań. W 2016 zaś, powstał w przemyśle rozrywkowym nowy zawód: intimacy coordinator, ktoś kto zajmuje się zapewnianiem dobrej komunikacji i komfortu psychicznego wszystkim zainteresowanym osobom, które biorą udział w scenach intymnych w filmach, teatrze, serialach itp. W tak zwanych cywilizowanych krajach był to bezpośredni skutek ogólnoświatowej akcji #MeToo.

W obu przypadkach można pod tym kątem patrzeć na produkcje filmowe i telewizyjne „przed i po”; lub też przyglądać się aferom takim, jak ta z dyrektorem Teatru Bagatela oskarżanym przez swoje pracownice o molestowanie. Mam nadzieję, że już powstają na ten temat jakieś ciekawe prace dyplomowe, w naukach społecznych i nie tylko.

A w kuchni, zgodnie z porą roku – mięso:

Witam ponownie!

Co do tego, czy produkcja roślinna jest bardziej humanitarna, odpowiem: to zależy! Temat jednak zbyt rozległy, by go tu naprędce rozwinąć.

Mam za to inny wątek do poruszenia. Otóż zdarza się, że ta czy inna moja koleżanka jest przy nadziei. Wiele z nich – ekologicznie bardzo uświadomionych, są nawet wegetarianki i weganki. Zwyczajowo namawiam je więc, że gdyby poród odbył się „bez chemii”, to czy nie byłoby w duchu zero waste przyrządzenie łożyska, np. tak jak wątróbkę?
Koleżanki jednak tylko bledną.

Pozdrawiam makiawelicznie
Flora

A to Li Ziqi, moja ulubiona kulinarna influencerka (wciąż nie wierzę, że to naprawdę Chiny):

Oniryczna ciekawość

Tak napisał redaktor: że umiera z onirycznej ciekawości, na wieść że mi się śnił. Obiecałam że nie napiszę, o czym dokładnie był ten sen, co nie jest do końca prawdą; napiszę, ale w książce artystycznej, którą bardzo trudno będzie przeczytać (chociaż nie będzie to niemożliwe; ale nawet jeśli, to jeszcze trudniej będzie odnaleźć tenże fragment). Na razie nadrobię zaległości, bo niewyobrażalna ilość wydarzeń sprawiła, że mam jeszcze większe opóźnienie w upublicznianiu korespondencji. Najpierw krótka notka z pierwszego czerwca;

Witam pana, znów z introligatorni!
Dziś robię album, taki z nacięciami do wsuwania zdjęć, jak te które w dzieciństwie widywałam w zakładzie fotograficznym mojej babci.
W ogrodzie wciąż dużo jagód kamczackich, zaczynają dojrzewać poziomki i kwitnie dzika róża, więc można robić różowe napary i konfitury pachnące perfumami.

Co ja się natyrałam przy tym albumie, to moje! Ale wynalazłam nową metodę szycia książki, obaliłam mit, że nie da się wyokrąglić odsłoniętego grzbietu, oraz połączyłam kapitałkę szytą na składkach z szyciem koptyjskim. Niemniej, oszalałabym gdyby nie ogródek… siedem dni temu:

We Wrocławiu wcale nie za ciepło!
Nawet jakieś chmury i trochę wieje. Ogródek rodzi na wszystkie strony, a ja zbieram: poziomki, jagody, groszek cukrowy, burak liściowy (jeszcze młody, ale trzeba przerzedzić; mówią, że jeść tak jak szpinak). 
Chrzan wyskakuje tu i tam, ale ogórki dopiero kwitną, a wśród lilii pojawił się nawet koper – pierwszy raz! Nigdy nie chciał!
Do tego kiełkuje okra, ale ona zaczeka aż się zrobi cieplej i zrobię jej płotek z gałęzi mirabelki, które zetnę jak dojrzeją owoce (będę szukać przepisów na mirabelki!). 

Burak liściowy porządny, niemiecki, wykiełkowało chyba każde jedno nasionko. Za rok moja siostra będzie miała zadanie, by przywieźć mi berlińskie nasiona! W międzyczasie pojawiła się kolejna okazja do zajechania się w introligatorni: zapowiedź jesiennego sympozjum o mapach. Uznałam to za powód, by narysować mapę Zosteropsa Conspicillatusa Conspicillatusa. To miejsce akcji mojej następnej książki! Kto wie, może pojawi się w niej też jakaś postać inspirowana osobą pana redaktora?

Witam upalnie!
W lodówce bym najchętniej zamieszkała… jednak pocieszeniem w tym upale jest, jak zwykle, ogródek, który ma swój najpiękniejszy czas: głodny człowiek, jak wyjdzie na chwilę z lodówki, to może pójść do ogrodu i tam się zastanawiać, co by tu sobie zjeść!
Na razie do jedzenia ma poziomki, jagody i groszek, płatki róży ma na konfitury, a niedługo dojrzeje morwa biała i mirabelki. No i chyba będą pierwsze ogórki. Ogórkom trochę ciężko w ten upał, za to okra by chciała jeszcze więcej! 
A ponieważ nie powiem co mi się śniło, to nakreślę miejsce akcji: jak w serialu Rodzina Durrelów, czyli gdzieś na Korfu. Czyż Keeley Hawes nie jest przepiękna w każdej odsłonie?
Idę patrzeć jak sroki kąpią się w wiadrze z wodą, a później suszą piórka pod krzakiem morwy!

W tej małej dygresji jest wiele prawdy: Rodzina Durrelów to idealny serial na taką pogodę jak dziś, człowiek może sobie bez trudu wyobrazić, że jest na Korfu; wystarczy, że zamknie oczy. A Keeley Hawes (która przejdzie do historii m.in. jako Kitty Butler, jedna z dwóch głównych bohaterek ekranizacji prawdziwie lesbijskiej powieści – Muskając aksamit z roku 2002) chyba bardziej mi się podoba grając takie postacie, jak Julia Montague z Bodyguarda (2018), czy Lindsay Denton w Line of Duty, ale również jako pani Durrell jest przepiękna, bo jakże by inaczej (i przynajmniej nie tak przerażająca, jak Lindsay Denton).

Krem po wileńsku i warzywa królowej

W tle: ilustracja z bostońskiej książki kucharskiej (za: Internet Archive na Flickr). Wygląda na to, że przede mną nowe poszukiwania: sosy gotowane na parze. Sprawa dla kulinarnego detektywa!

Ja dzisiaj z fachowym zapytaniem!
Rozmawiałam z moją ciocią na temat rodzinnych przepisów (na słodkie) i aż dwa razy pojawił się krem gotowany na parze (masło, cukier, dwa jajka bez jednego białka). Ta część rodziny pochodzi z Wilna, więc się zastanawiam, czy to może jakaś wileńska tradycja?
A poza tym: wie pan, co to są warzywa Królowej? Takie, co żeby je zebrać, trzeba ściąć im głowę! Jak rozkazywała Królowa Kier z Alicji w Krainie Czarów :)
Na przykład kalafior, sałata i kapusta.
Tak je nazywa Toby Hemenway w swojej książce Ogród Gai (podręcznik przydomowej permakultury).

Redaktor Gastrofazy w Antyradiu podpowiada, że może chodzi o sos holenderski, który wprawdzie jest wytrawny (nadaje się na przykład do szparagów, więc bardzo na czasie), ale receptura podobna, więc może rodowód też. Ja będę jednak badać również kierunek wileński, ale niewykluczone że tamtejsza rodzina miała jakieś holendersko-belgijskie konszachty. Sroce spod ogona nie wypadliśmy!

Tak czy inaczej, gotowanie sosów na parze uznaję za naturalną konsekwencję mody na steampunk i mojej szczerej fascynacji wpływami tejże, więc trzeba koniecznie temat wybadać. A warzywa Królowej Kier już wysiałam – kalafior i brokuł.

Zobacz, jak zrobić najpyszniejsze ptasie mleczko na świecie!

…że tak poprzedrzeźniam tytuły clickbaitów. Tym razem to jednak prawda, z prostego powodu: tak zwane ptasie mleczko mi w ogóle nie smakuje, a to ciasto jest pyszne i zniknęło tak szybko, że nawet nie zdążyłam go sfotografować.

Przepis oczywiście „po babci”, z czasów kiedy jeszcze ludzie spożywali kalorie, bo może mieli gdzie i jak je spalić. 

Spód

To jedyna część tego ciasta, do której potrzebujemy piekarnika. Ubijamy 3 białka (na sztywno, ma się rozumieć), dodajemy 2 łyżki cukru, szczyptę proszku do pieczenia, 4 łyżki kakao i żółtka. Mieszamy delikatnie. Do piekarnika na 15 minut w 180°C.

Kaszka

3 szklanki mleka i 4 łyżki kaszki manny (małe szklanki, duże łyżki) gotować 15 minut (albo tyle ile jest napisane na opakowaniu), mieszając cały czas (serio), ostudzić.

Masa

20 dkg masła (ale może być trochę mniej, powiedzmy 15), 20 dkg cukru pudru, 3 łyżki śmietany (tej tłustej) utrzeć razem. Ostudzoną kaszkę dodawać po jednej łyżce do masy, dalej ucierając. Tu nie ma co się obijać – żadnych mikserów, najlepiej ucierać w makutrze, oglądając w tym czasie Killing Eve – jeden odcinek będzie akurat. Jak Killing Eve się skończy, wlewamy masę do formy w której czeka nasz upieczony spód i wkładamy do lodówki myśląc sobie, że następnym razem na pewno nie zapomnimy dodać bakalii…

Polewa

Ja i babcia zawsze byłyśmy ortodoksyjne w jednej kwestii: jakakolwiek inna polewa, niż ta właśnie, to paskudztwo którego nie warto nawet brać do ust. 4 łyżki cukru (albo dwie żeby była trochę gorzkawa), 3 łyżki kakao, 3 łyżki wody, 4 łyżki masła, wymieszać na patelni i gotować ok. 5 minut. Przestudzić, przełożyć na ciasto, włożyć do lodówki.

Najlepsze następnego dnia!