Szkic jesienny

Przyszła większość z jesiennej listy książek, które chciałam zdobyć; jeśli się nazbiera wystarczająco dużo, to moje świąteczne prezenty będą jak zwykle książkowe. Zazwyczaj jednak nie rozdaję książek, których nie przeczytałam, dlatego zakupy robię z odpowiednim wyprzedzeniem… no i zawsze są takie, z którymi nie zamierzam się rozstać nigdy. Albo bardzo długo.

Po pierwsze, przyszła trylogia Virginii Despentes, pt. Vernon Subutex. Używana, a poprzedni właściciel zapakował książki w karton po farbach w sprayu ręcznie pakowanych w Barcelonie… jakoś pasuje mi to do tej pisarki, o której wspominałam redagując artykuł o erotyce w sztuce na Wikipedii.

Razem z nią przyszły pamiętniki Anne Lister, pod redakcją Heleny Whitbread. Te chciałam przeczytać od kiedy pojawił się pierwszy sezon serialu Gentleman Jack. Drugi sezon jest już zapowiedziany, może pojawi się jesienią?

Kolejne książki też są za sprawą serialu; całe lato oglądałam Rodzinę Durrellów, z Keeley Hawes w roli pani Durrell, wdowy która postanawia wraz z czworgiem swoich dzieci zamieszkać na greckiej wyspie Korfu. Serial powstał na podstawie wspomnień najmłodszego syna, Geralda, przyrodnika trochę a’la David Attenborough. Ale to najstarszy syn, Lawrence, był pisarzem (i dyplomatą). Jego tetralogia pt. The Alexandria Quartet o mało nie dostała nagrody Nobla. Wraz z nią przybyła do mnie inna powieść tego autora: Prospero’s Cell.

Ostatnia  książka jest z nieco innej beczki: Raising Animals for Fiber autorstwa Chris McLaughlin. Ma to związek z moją niesłabnącą pasją do zwierzaczków, ekologii, oraz takich górnolotnych idei jak permakultura i samowystarczalność żywieniowa. Przy okazji polecam permakulturową „klasykę” w wersji polskiej, do pobrania za darmo: Istota Permakultury (pdf). Natomiast Raising Animals for Fiber to książka o hodowli zwierząt na wełnę. Autorka hodowała króliki, zanim zainteresowała się przędzeniem i wełną. Książka jest o owcach, alpakach, kozach i królikach angorskich. Nie ma nic o jedwabnikach… (ani o przędzeniu sierści psów, kotów czy innych mniej typowych zwierząt). Z grubsza opisuje ważniejsze aspekty hodowli – zdrowie, żywienie, różne wymagania i tak dalej. Właściwości wełny oczywiście też. I cechy charakteru: owce nieco wycofane, kozy ciekawskie i bardziej jak psy, alpaki trochę jak koty, króliki – przyjazne… książka raczej dla „małych hodowców” albo hobbystów, nie o masowej produkcji. Autorka napisała też książkę o farbowaniu barwnikami roślinnymi, nie przetłumaczoną na polski na razie.

No to czas na korespondencję około-kulinarną:

Zrobiło się deszczowo, zaparzam właśnie kawusię i marzę o wolnej chwili, żeby upiec ciasto według przepisu mojej cioci. Jest w nim osiem jajek, dużo masła, orzechów, glutenu i kalorii. Ostatnio połączyłam te wątki z przepisem mojej babci, na ciasto z kaszki manny. Było pyszne!
W ogródku dojrzewa jedyna tykwa i sporo dyń, rozochociła się też bazylia, chociaż kupiłam ją z litości, bo była w promocji i dogorywała. Tymczasem zarosła pół rabatki pod dyniami i kwitnie jak szalona. Ktoś z sąsiadów-pszczelarzy ma miód bazyliowy!
Wiedzę kulinarną czerpię oczywiście też z internetu; na przykład ostatnio dowiedziałam się, że liście morwy i rokitnika są bardzo zdrowe i można z nich robić napary. Już ususzyłam na zimę. 
Odkryłam też, że dawno temu w Polsce hodowano jedwabniki! W takim Ciechocinku sadzono morwy gdzie się da. Kokony tych jedwabników się następnie gotuje, żeby z nich odwinąć nitkę, a ugotowane wewnątrz larwy są podobno potrawą w kuchni azjatyckiej. 
W przyszłym roku chyba spróbuję, aczkolwiek nie wiem, czy ugotowaną larwę bym zjadła… może lepiej dam psu ;)
Pozdrawiam z chłodnawej introligatorni (gdzie mam teraz nowego, uroczego asystenta).

Transcendentalne Baśnie

…Dariusza Adamowskiego. Gdyby nie one, to większość moich najnowszych książek byłaby po angielsku! Teraz jest mniej więcej pół na pół. Autora znam stąd, że uczestniczyliśmy kiedyś w akcji Poeci dla Tybetu; która będzie miała miejsce także w tym roku (we Wrocławiu i w Brzegu). Od tamtej pory od czasu do czasu rozmawiamy o tym i owym; na przykład, co robią buddyści, kiedy doznają paniki egzystencjalnej? Otóż mogą wtedy powtarzać mantrę om mani padme hum (znaną również jako mantra współczujących Buddów).

Nie o tym jednak ta książka. Są w niej opowieści o różnych ludziach, których łączy to, że rzeczywistość jaką zwykliśmy uważać za obiektywnie prawdziwą przenika się u nich z tą, której realność można zakwestionować (ale może wcale się nie powinno). Całość ma wydźwięk melancholijny, ale czy kończy się smutno – to już zależy głównie od percepcji Czytelnika.

Wśród moich innych lektur wiele było ostatnio takich, które zmagały się z zagadką świadomości; naukowo lub nie, w mniej lub bardziej arogancki sposób; ostatni był chyba naukowiec który stwierdził, że nie tylko wszystkie istoty żywe, ale i my sami jesteśmy tylko biologicznymi komputerami, których rzeczywistość jest hologramem a egzystencja kończy się w chwili śmierci i zamienia w mroczne nic, podobnie jak Wszechświat w dalekiej przyszłości (mówią jednak że to wcale nie takie pewne, bo zjawiska obecnie ekstremalnie rzadkie mogą stać się kiedyś zupełnie powszechne – i co wtedy?).

Ostatnia książka z tej „serii” (chociaż zupełnie odmienna od pozostałych), to dzieło tak zwanego Setha, tajemniczej, niematerialnej postaci, przemawiającej przez Jane Roberts, amerykańską pisarkę i poetkę. Wspólnie z mężem, notującym wszystko co Seth dyktował podczas regularnych sesji, Jane Roberts opublikowała pokaźną kolekcję książek, wpisujących się w rozkwitający wówczas nurt New Age. Obecnie Seth i jego filozofie to kropla w morzu mniej lub bardziej podobnych publikacji, dlatego pewnie nie doczeka się polskiego wydania, jako że „efekt nowości” już nie działa.

Ja zabrałam się za pierwszą z „książek Setha” zaraz po tym, jak skończyłam „Baśnie” Dariusza Adamowskiego i miałam wrażenie, że Seth w przedziwny sposób podejmuje wątek tam, gdzie się on zakończył w „Baśniach”. W dodatku robi to z optymizmem i wiarą w ludzi, oraz w sens życia wszystkich innych ziemskich istot – jak również pozostałych zjawisk. Książkę Dariusza można zdobyć na wiele sposobów, co nie jest takie łatwe w przypadku dzieła Setha (a raczej Jane Roberts i jej męża Roberta F. Butts’a), więc oto cytat z tej drugiej:

„Fizyczny świat człowieka, z jego cywilizacjami i zjawiskami kultury, a nawet z jego technologią i nauką, odzwierciedla jego wrodzony pęd do komunikowania się, do ruchu na zewnątrz, do tworzenia, i do obiektywizacji odczuwanych wewnętrznych rzeczywistości. Najbardziej prywatne życie jakie można sobie wyobrazić wciąż jest sprawą bardzo społeczną. Najbardziej odosobniony samotnik musi wciąż polegać na biologicznej społeczności nie tylko jego własnych komórek ciała, ale w ogóle naturalnego świata, ze wszystkimi jego stworzeniami. Ciało, zatem, obojętnie jak prywatne, jest również publicznym, społecznym, biologicznym komunikatem.” – Seth, w: Jane Roberts, „The Individual and the Nature of Mass Events”

Jednego z opowiadań z tomu „Baśnie” można również posłuchać jako audiobooka:

Doceniajcie Tove

Dłużej mnie ostatnio nie było, a to dlatego, że pochłonął mnie… Dexter. Wobec tego należy mu się osobna wzmianka, ale trochę później – kiedy już uda mi się dobrnąć do ostatniego sezonu. Michael C. Hall (grający głównego bohatera – seryjnego mordercę) wybudza nawet z uśpienia hetero-część mojej bi-natury, bo z każdym sezonem wydaje mi się przystojniejszy. Grany przez niego bohater budzi za to bardziej mroczne pragnienia, bo jadąc tramwajem do pracy też sobie czasem myślę, że zamordowałabym kogoś…

Na razie jednak oglądam, a także jestem w połowie czytania pierwszej „niemuminkowej” twórczości Tove Jansson, jaką udało mi się zdobyć, poza jej korespondencją. Zatem powiadam wam: naprawdę warto docenić tę pisarkę, nie tylko za jej opowiadania „dla dorosłych”, ale i w Muminkach (przynajmniej tych, które stworzyła kiedy jeszcze nie wychodziły jej uszami) można doczytać i dojrzeć o wiele więcej, niż jest w ich skomercjalizowanej wersji. Myślę nawet o zdobyciu jakichś muminkowych „tekstów źródłowych”, wydania z wyłącznie jej własnymi tekstami i ilustracjami… O tym też napiszę jeszcze później, jak będę mieć więcej motywacji i dobrego humoru.

Na razie pozwalam sobie na kolejny wieczór z Dexterem, żeby jutro przewalić nudną robotę na którą miałam cały tydzień… wolę jednak cierpieć mocniej ale za to krócej, na dzień przed dedlajnem :P później nadrobię blogowe lektury i rozpłynę się w zachwytach nad Dexterem, jego przystojną siostrą, oraz Tove Jansson i jej opowiadaniami.

 

Maryla Szymiczkowa

Akurat kiedy naszła człowieka myśl, że w jego domu nie ma prawdziwej miłości, otwiera książkę na tym oto:

„W Krakowie każda pani słynęła z jakichś przetworów; hrabina Adamowa Potocka z konfitur różanych, profesorowa Rydlowa z morelowych – podobno jej przepis nie pokrywał się z żadnymi znanymi przepisami, począwszy od Ćwierczakiewiczowej, a na rodzimych, krakowskich kończąc; sława soku ostrężynowego pani Longchamps de Berier docierała aż ze Lwowa, był to jej pilnie strzeżony sekret, który trafić miał nad Wisłę w dniu ślubu jej córki z synem Karola Estreichera… i tak dalej, i tak dalej. Plotkowano o sekretnych zaprawach korzennych, ulepszaniu koloru ciemnym sokiem z borówek lub bzu czarnego, o proporcjach cukru do owoców, o osobliwych dodatkach; toczono całe wojny pomiędzy stronnictwami pań zalewających owoce syropem i pań wygotowujących sok na cukrze” – Maryla Szymiczkowa, Rozdarta zasłona (Kraków 2016)

Czytałam przegryzając świeżo zebranymi fisalisami z własnego ogródka i wyobrażałam sobie krakowskie damy całe na tęczowo (od konfitur), więc od razu mi przeszły zgryzoty.

Jacek Dehnel, w zestawie z Piotrem Tarczyńskim jak również bez niego, zawsze wydawał mi się facebookowym gogusiem z Krakowa, którego (pewnie często trafne) wypowiedzi moi znajomi z upodobaniem udostępniają co jakiś czas. Hojnie nagradzany za swoją poezję, nie przyciągnął jak dotąd mojej uwagi, dopóki nie wymyślił (wspólnie z… czy też bez) Maryli Szymiczkowej, autorki kryminalnych powieści w stylu retro. Przyznam, że Maryla Szymiczkowa jest wzorem dla Flory Eerschay, a przynajmniej dodała jej nieco odwagi (i humoru) u początku drogi. Bardzo przyjemnie się czytało tę książkę, chociaż autorzy nie są mistrzami psychologicznej głębi (albo dobrze się z tym kryją), ale wrażliwości, poczucia humoru i lekkiego pióra nie można im odmówić. Na pewno są też ciekawym zjawiskiem na literackiej mapie Polski. Gdyby Renata Lis, tegoroczna nominowana do Nike, miała chociaż promil ich fantazji i uroku, to jej „Lesbos” może nie byłaby takim rozczarowaniem… :P

Ja tymczasem jestem konfiturowym beztalenciem, chociaż strasznie chciałabym umieć. Na dniach spróbuję z owoców dzikiej róży i płatków nagietka zagęszczanych pektyną i słodzonych miodem. Może tym razem zgęstnieją i nie spleśnieją.