Powielanie jako wędrówka

Te przemyślenia będą w niedalekiej przyszłości referatem kompletnie nieznanej artystki, który wygłosi na humanistycznej konferencji. Najpierw będzie musiała pozbierać niemożliwe skojarzenia i pogmatwane wielowątki, zdecydować się na jakąś konkretną drogę dla tej opowieści, a potem jeszcze złożyć to w poczytną całość. Przy wszelkiej pomyślności nastąpi to po wielu rozproszeniach, nagłych wypadkach, nowych pomysłach, drobnych przysługach i alternatywnych planach B, C, X, Y i Z (ostatni to założenie plantacji smoczych owoców w Arizonie). Kompletnie nieznana artystka nawet nie wie jak się za to zabrać (to znaczy za pisanie referatu, bo plantację mogłaby zakładać już), ale od czego ma Florę Eerschay, która może swobodnie lawirować w czasie i przestrzeni.

Dlatego jeśli ktoś lubi ład, porządek i sens, niech odczeka tydzień do następnej korespondencji ogrodniczo-kulinarnej. Jeśli zaś musi do czegoś dopić tę kawusię lub herbatkę, to proszę bardzo – niech czyta.

Ogólnie chodzi o książkę wytwarzaną powoli, z zastosowaniem technik, które są obecnie niemożliwe do zastosowania w regularnym wydawnictwie. Niby jest moda na slow life, mamy slow food – jedzenie przygotowywane powoli, mamy slow travel – podróżowanie z dostrzeganiem przysłowiowych kwiatków przy drodze, i tak dalej… ale jest to często sposób na relaks w wolne popołudnie, albo w czasie dwutygodniowego urlopu. Nieco bardziej poważnym potraktowaniem tematu jest idea permakultury, czyli dążenia do samowystarczalności, głównie żywieniowej. Ale nie każdy może sobie pozwolić.

Nie będę dyskutować czym książka artystyczna jest, a czym nie jest… książka, jaka jest, każdy widzi. Tym bardziej nie będę dyskutować o tym, jakie techniki i technologie mają (jeszcze) sens w procesie tworzenia książki, bo gdy mamy do czynienia z obiektami unikatowymi (tzn. powstającymi w ilości nie więcej niż kilku, kilkunastu egzemplarzy), to repertuar środków zmienia się diametralnie. Kto widział (lub czytał) „Imię róży”, ten wie że ręczne przepisywanie i ilustrowanie książek było kiedyś po prostu techniką powielania.

No to już nie jest. W dzisiejszych czasach techniką powielania (i niczym więcej, poza pewnymi wyjątkami) jest druk cyfrowy, oraz różne czytniki elektroniczne. Cała reszta: grafika, rysowanie i pisanie odręczne, wszystko inne co można sobie wyobrazić, to narzędzia pracy twórczej, dające pewien określony efekt. Studentów ASP uczymy właściwie tylko dwóch rzeczy: po pierwsze, wytwarzania (wizualnego) komunikatu, który powstaje w ich głowie, tak aby inni mogli go odebrać zgodnie z ich intencją; oraz w miarę możliwości ukształtowania tego, co powstaje w tej głowie. Tych dwóch umiejętności artyści uczą się całe życie i nigdy nie opanowują ich w sposób satysfakcjonujący; pozostali czasem porzucają ów trud. Mówi o tym Ira Glass w swoim słynnym eseju „The Gap” (tylko po angielsku, ale może się kiedyś skuszę, żeby przetłumaczyć).

Nie chodzi tylko o to, że robienie czegoś wolniej pozwala lepiej zebrać myśli (chociaż to prawda). Może to być częścią pewnego rytuału, który musi mieć każdy, ale to każdy, kto chce coś stworzyć. Rytuały bywają różne: może pisanie codziennie o 5:00 rano, może rysowanie ludzi w kawiarni, może notowanie na papierkach, albo spacery po lesie, sprzątanie i ogrodnictwo, jeśli historia po prostu powstaje w głowie i trzeba czymś zająć resztę ciała, zanim podświadomość prześle wynik do świadomości. Jeszcze inne są u artystów, dla których narzędziem jest ich własne ciało.

Wytwarzanie książki, która sama w sobie jest artystycznym dziełem, też może być wynikiem takiego rytuału (albo raczej zestawu różnych). Można sobie wyobrazić, że przeciwieństwem takiego podejścia będzie pisarz, który najpierw myśli, później notuje, później wklepuje i drukuje, a następnie proponuje wydawnictwu i właściwie już wtedy jego zadanie się kończy. Jest to często praca twórcza i bardzo potrzebna, ale można sobie wyobrazić, że droga do powstania książki będzie też wyglądać zupełnie inaczej – i efekt końcowy na pewno nie będzie podobny.

Tyleż opowieści, z której na razie nic nie wynika!

 

Pragnienie wolności

Na zdjęciu Janusz Radwański, jeden z poetów biorących udział w tegorocznej akcji, czyta swój wiersz z artystycznego egzemplarza, w Herbaciarni w Brzegu. Fot. autorka.

Tybet mnie fascynował już wtedy, kiedy studiowałam etnologię. Nie brakuje na świecie kultur, pradawnych jak i współczesnych, obdarzonych nieprzeciętnym zbiorowym rozumem, ale z jakiegoś powodu ta jedna ciągle jest usuwana z mapy świata przez kraj, który sam z siebie zrobił fabrykę tanich gadżetów… trochę jesteśmy wszyscy temu winni, za każdym razem gdy wydaje nam się, że bezwartościowa tandeta jest nam bardziej potrzebna, niż „droga środka”… ta z kolei, przypomina mi ideę permakultury – gałęzi projektowania, którą odkryłam próbując (wtedy bezskutecznie) wyhodować coś w ogrodzie. Permakultura odnosi się głównie do architektury i projektowania przestrzeni, jak sugeruje jej angielska nazwa: „permanent agriculture”. Wolę jednak rozumieć ją jako ideę „permanentnej kultury”, bo i w tej sferze – poezji, sztuki, różnego rodzaju narracji, możemy spełniać jej trzy podstawowe zasady: troszczyć się o Ziemię, o ludzi, oraz dzielić się nadmiarem. Takie działanie, jak Poeci dla Tybetu, wpisuje się właśnie w tę filozofię i może dlatego jest zjawiskiem niebywale trwałym. Może dlatego przynosi co najmniej tyle samo dobra nam samym, co prześladowanym Tybetańczykom. 

Moim wkładem była książka artystyczna wykonana w trzech egzemplarzach, z wierszami wszystkich poetów, którzy wzięli udział w akcji w tym roku. Niektóre z tych wierszy odzwierciedlają czyjś osobisty stosunek, z tutejszej perspektywy, do tego odległego kraju; inne nie dotyczą w ogóle Tybetu, czasem prowadząc dialog między sobą… a na końcu znalazły się te, które w najbardziej dobitny sposób przypominają o dramacie tego kraju (i nie tylko tego, bo to, czego doświadczają Tybetańczycy, jest niestety wspólnym doświadczeniem wielu ludzi w dzisiejszych czasach; nawet wielu Chińczyków, jak przypuszczam).


Ostatni wieczór akcji „Poeci dla Tybetu” to była też fantastyczna muzyka. W trakcie koncertu próbowałam zlokalizować jedną z moich „książek-amuletów”, ustawioną na małym postumencie z tyłu sceny. Poznałam ją w obiektywie po niebieskim światełku kontrolki jakiegoś urządzenia (pewnie od dźwięku), na którym stała; a nad książką i światełkiem kręciła się wielka animacja wirującego Księżyca, towarzysząca koncertowi zespołu Signal to Noise Ratio. Haniebna jakość filmów i zdjęć wykonywanych niemłodym już telefonem czasem daje niespodziewane rezultaty; niebieska kontrolka i wirujący Księżyc były dla obiektywu zjawiskiem niepojętym i zaczęły wyglądać jak „wschód Ziemi”, widziany przez kosmonautów z Księżyca podczas misji Apollo 11. Bladoniebieska kropka na zdjęciach z tej misji to „tu”, gdzie wszyscy jesteśmy… Tybet też.