Sprawy egzystencjalne

Dziś upublicznię korespondencję na bieżąco, bez opóźnień! A tam: ciągnę temat jedzenia i kochania tych samych istot. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że z listu Lauren M. wynika jeszcze jedno; jej koza przeznaczona do garnka miała imię, co nieczęste. Zazwyczaj hodowcy takich zwierząt radzą, żeby im imion nie nadawać, bo wtedy będzie łatwiej…

Dzień dobry, 
ja powracam z opowiastką! Zdarzyło się daleko w Ameryce, w gospodarstwie pewnej pani, trochę podobnej do mnie ale posiadającej więcej ziemi. Z tej przyczyny owa pani hoduje kozy, które czasem zjada. W moim rondlu bardzo rzadko jest mięso, bo chciałabym żeby pochodziło tylko od zwierząt, które miały nie więcej niż jeden zły dzień w życiu. 
Znam takie gospodarstwa, ale jest ich niewiele.
Wracając do dalekiej Ameryki – pani hodująca kozy pewnego dnia postanowiła jedną z nich wrzucić do rondla. Gdy dowiedzieli się o tym rozwścieczeni weganie, zażądali oddania im kozy (do koziego sanktuarium, utrzymującego się z datków). 
Pani odmówiła, więc została obsmarowana w mediach społecznościowych, a kozę… ukradziono jej następnego dnia. 
Napisała potem poruszający list, stwierdzając m.in., że „to, czego ci ludzie wydają się nie pojmować, to że mogę kochać zwierzę i jednocześnie zadać mu śmierć”. 
No właśnie, można tak, czy nie można? Przypominają mi się np. właściciele domowych pupili, które cierpią katusze, nierzadko mimo sugestii weterynarza, że już czas… ale właściciele nie potrafią się z nimi rozstać. 

 

A co do przetworów – robię tylko kompoty „na teraz”, bo nie umiem pasteryzować :(
Pozdrawiam
Flora
Na zdjęciu w tle dramatyczny wyścig na szczyt między wilcem a tykwą, który odbywa się na specjalnie w tym celu wybudowanej przeze mnie konstrukcji. Początkowo przypominała ołtarz satanistów, ale jak ścigacze zakwitną, to będzie się raczej nadawać dla wyznawców kultu niewidzialnego różowego jednorożca…

Trochę o życiu, trochę o śmierci… i o pasterce Lauren M.

Ech, ciągle nie mam czasu napisać do pana redaktora, a tę sprawę miałam poruszyć jeszcze przed listem Lauren M. do świata. Otóż permakultura i ekologia często kojarzą się z wegetarianizmem, a nawet weganizmem. Wielu ludzi myśli że ja także jestem wegetarianką; i w praktyce rzeczywiście niemal tak jest, ale w teorii (czy raczej ideologii) – zupełnie nie. Otóż ja staram się jeść tylko te zwierzęta, które miały nie więcej niż jeden zły dzień w życiu (jak to określił mój permakulturowy idol). Można się domyślić, który to dzień. Ponieważ bardzo rzadko takie zwierzęta spotykam, a sama ich nie hoduję w tym celu (i najprawdopodobniej nigdy się to nie stanie), to w praktyce jestem w zasadzie wegetarianką.

Faktem jest, że bioróżnorodność na Ziemi jest poważnie zagrożona i co rozumniejsze istoty ludzkie decydują się nawet, by z tego powodu nie mieć dzieci. Faktem jest też, że gospodarstwa permakulturowe w których żyją zwierzęta (i spełniają przynajmniej trzy różne funkcje) są wydajniejsze niż ich wyłącznie roślinne odpowiedniki. No i jest prawdą, że gdyby ludzi na Ziemi nie było po prostu za dużo, to ani plastik, ani śmieciowe jedzenie, ani zanieczyszczenie powietrza nie byłyby problemem (dlatego najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów świata jest radykalny feminizm; ale na wszystko już za późno, bo zmiany klimatu nie zatrzymamy).

Możemy tylko przystosować się do nadchodzących zmian i nie uda nam się to, jeśli dalej będziemy oddalać się od natury; wbrew temu, co twierdzą hipsterzy w stolicach świata, którzy są bardzo zero waste i cruelty free, ale płaczą że w Berlinie nie można dostać meksykańskich pomidorów, a na wakacje lecą na drugi koniec planety, o którą tak się troszczą. Oczywiście, nie ma się co zżymać; po pierwsze, kto bogatemu zabroni. Próbowaliśmy i jak dotąd nie udało się zabronić niczego. Po drugie, nawet w największym kryzysie klimatycznym nie każdy musi chcieć zbliżać się do natury, zwierząt, roślin, ani nawet wyhodować sadzonki z korzenia pekinki na parapecie. Dróg do szczęścia jest bardzo dużo, a wybór między życiem, cierpieniem i śmiercią nigdy nie jest łatwy. Oddaję głos Lauren M.:

Właścicielka wegańskiego sanktuarium dla kóz zażądała, bym oddała jej jedną z moich samic, którą przeznaczyłam na mięso. Kiedy odmówiłam, udostępniła moje imię i profil swoim 600 tysiącom fanów wiedząc, że mnie zaatakują – i tak zrobili.
Wczoraj ktoś wszedł na moje gospodarstwo i ukradł tę kozę, która była przeznaczona na mięso.
To, czego ci ludzie wydają się nie pojmować, to że mogę kochać zwierzę i jednocześnie zadać mu śmierć.

List Lauren jest ważny moim zdaniem właśnie dlatego, że porusza w nim wiele istotnych wątków, o których bardzo rzadko się mówi. Jak często właściciele domowych pupili skazują je na długie cierpienia, tylko dlatego że nie potrafią się z nimi rozstać?

Biliony ludzi zjedzą dziś mięso, tak jak i jutro i każdego następnego dnia. Ale ludzie zaczynają rozumieć, że chcą jeść mięso zwierząt hodowanych w lepszych warunkach. Przede wszystkim, szukają zwierząt które były zadbane.

Rolnicy hodują zwierzęta wiedząc, że pewnego dnia one umrą, by was nakarmić. Jestem z nimi w dniu ich narodzin i jestem z nimi w dniu ich śmierci, i każdego dnia pomiędzy. Jestem z nimi gdy są chore, gdy są głodne, gdy są spragnione i bardzo często jestem z nimi tylko dlatego, że wolę ich towarzystwo.

Czy to nie lepsze podejście, niż traktowanie zwierząt gospodarskich jak maltretowaną kurę, za którą niedawno sędzia obniżył wyrok, bo przecież „maltretowanie kury jest mniej szkodliwe społecznie”?

Wielu z nas spędza więcej czasu ze zwierzętami, niż z naszymi najbliższymi.

Kochamy je, bo wy nie możecie. Nasze społeczeństwo nie rozwinęło się w taki sposób, który pozwalałby nam dalej być blisko gospodarstw. Byłoby niemożliwe, by wszyscy wrócili do hodowania własnego jedzenia.

Stąd moim zdaniem bierze się traktowanie współczesnych problemów w oderwaniu od siebie; zero waste, cruelty free, slow food, to coraz częściej tylko puste hasła, które nie łączą się w żadną sensowną całość.

[…] Do osoby która ukradła zwierzę z mojego stada, ma na imię Parsley i uwielbia marchewki. Nie karmcie jej zbożem. Jest 100% na trawie i dostałaby kwasicy. Uważajcie zamykając ją. Łatwo się zaklinowuje i będziecie musieli ją sprawdzać przynajmniej dwa razy dziennie.

Udostępnijcie tę historię. Wielu drobnych rolników takich jak ja zrezygnowałoby po czymś takim, ale ja nie zrezygnuję i żaden inny mały rolnik też nie powinien.

Lauren nie ujawniła tożsamości organizacji, która ją zaatakowała. Deklaruje, że jej list jest tylko wyrazem wsparcia i solidarności dla innych małych rolników, którzy dbają o swoje zwierzęta. Dawno straciłam zaufanie do większości organizacji „prozwierzęcych”, chociaż wiem że chcą dobrze; i mam nadzieję, że zwierzęta będące pod ich opieką też mają nie więcej niż jeden zły dzień w życiu.

Wielu ludzi nie je mięsa z przyczyn ideologicznych, albo wierzą że to po prostu zdrowe (i mają rację). Nasze psy i koty mają ogromny „ślad węglowy”, nie tylko dlatego, że zazwyczaj jedzą mięso, ale też dlatego, że ludzie często kompulsywnie wręcz zasypują je wszelkimi możliwymi zabawkami i gadżetami. Nie pełnią też żadnych funkcji w gospodarstwach, z których bierze się nasze jedzenie, bo zazwyczaj po prostu nie są ich częścią.

Nie twierdzę, że od teraz powinniśmy hodować tylko zwierzęta roślinożerne; ale popadanie w skrajności i traktowanie złożonych systemów i problemów jakby były przypadkowym zbiorem chwytliwych haseł prowadzi donikąd. Znacznie lepiej byłoby znaleźć w naszym świecie miejsce dla zwierząt gospodarskich i walczyć przede wszystkim o jakość ich życia, oraz nie oddalać się od natury naiwnie myśląc, że kiedyś wszyscy będziemy szczęśliwi żyjąc w zabetonowanych miastach i jedząc larwy much.

Więcej wszystkiego (zielonego, słodkiego)

Następne książki czekają w kolejce do zrobienia – pozłacana miniaturka, bajka o trollach, Flory Eerschay podróże kosmiczne… trzeba dobrać nici, okładki, szyć i oprawiać. Zielenina nic o tym nie wie i pędzi w kierunku apogeum letniego szaleństwa:

Faktycznie, w nocy popadało! 
Napitek robiliśmy ostatnio z trawą cytrynową, młodą, co niedawno urosła w doniczce. 
W ogrodzie szaleje burak liściowy, który zaczyna rządzić się prawem dżungli: zjesz, albo będziesz zjedzony! Był już w zupie (ze szparagami, włoszczyzną, olejem z orzechów włoskich, i z mąką z konopii – chciałam mąkę z pestek dyni, ale nie mieli). Był w drugim daniu, z czarnym ryżem i groszkiem; a i tak następnego dnia odrasta go tyle samo, albo i więcej. 
A wie pan, że gdyby 10% mieszkańców miast zajęło się uprawą i przetwarzaniem żywności w mieście i na terenach podmiejskich, to można by niemal całe wielkoobszarowe rolnictwo zamknąć i zwrócić przyrodzie obszary, które obecnie zajmuje?
Tak powiedział mój mądry znajomy! Ja, w ramach wielkomiejskiej fanaberii, niedawno pierwszy raz wypożyczyłam samochód elektryczny – i co grało w środku? Antyradio! Aż musiałam ściszyć, bo wyło na cały regulator!

Ten mądry znajomy to Wojciech Górny, który zarządza stroną permisie.pl, prowadzi bloga pt. Moja Ostoja Daleko od Szosy i Facebookową grupę Projektowanie Permakulturowe. Jest taki mądry, że już po przeczytaniu poprzedniego zdania możecie czuć się mądrzejsi, niż przed chwilą ;-) ale, jak to w dzisiejszych czasach bywa, nie poznaliśmy się jeszcze w realu. Mam nadzieję że nadrobię przy okazji jakichś warsztatów lub innych ciekawych wydarzeń.

Tymczasem idę na warsztaty robienia papieru marmurkowego… w bajce o trollach raczej go nie wykorzystam, bo ma być radykalnie ekologiczna, a w tej technice chyba się używa jakiejś niezdrowej chemii, od której dżdżownice mogłyby dostać niestrawności. Nie wiem jednak na pewno; większość rzeczy, których używa się do ręcznego robienia książek, składa się głównie z celulozy i wcale nie jest toksyczna. Zamierzam w tym temacie promować radykalną ekologię (szczególnie w kwestii tzw. druku na życzenie). W przegranej walce o klimat i bioróżnorodność nie powinniśmy rezygnować z rozwoju nauki i sztuki, hej!