Krem po wileńsku i warzywa królowej

W tle: ilustracja z bostońskiej książki kucharskiej (za: Internet Archive na Flickr). Wygląda na to, że przede mną nowe poszukiwania: sosy gotowane na parze. Sprawa dla kulinarnego detektywa!

Ja dzisiaj z fachowym zapytaniem!
Rozmawiałam z moją ciocią na temat rodzinnych przepisów (na słodkie) i aż dwa razy pojawił się krem gotowany na parze (masło, cukier, dwa jajka bez jednego białka). Ta część rodziny pochodzi z Wilna, więc się zastanawiam, czy to może jakaś wileńska tradycja?
A poza tym: wie pan, co to są warzywa Królowej? Takie, co żeby je zebrać, trzeba ściąć im głowę! Jak rozkazywała Królowa Kier z Alicji w Krainie Czarów :)
Na przykład kalafior, sałata i kapusta.
Tak je nazywa Toby Hemenway w swojej książce Ogród Gai (podręcznik przydomowej permakultury).

Redaktor Gastrofazy w Antyradiu podpowiada, że może chodzi o sos holenderski, który wprawdzie jest wytrawny (nadaje się na przykład do szparagów, więc bardzo na czasie), ale receptura podobna, więc może rodowód też. Ja będę jednak badać również kierunek wileński, ale niewykluczone że tamtejsza rodzina miała jakieś holendersko-belgijskie konszachty. Sroce spod ogona nie wypadliśmy!

Tak czy inaczej, gotowanie sosów na parze uznaję za naturalną konsekwencję mody na steampunk i mojej szczerej fascynacji wpływami tejże, więc trzeba koniecznie temat wybadać. A warzywa Królowej Kier już wysiałam – kalafior i brokuł.

Ptaszyny

Ależ cudowną Milenę pan wynalazł na wczoraj… chyba się zakochałam. 
U mnie na szczęście nikt nie grilluje, dzięki czemu otwierając okno nie czuje się dymu palonego węgla, ani śmieci, ani liści, ani kiełbaski, tylko… zapach kwiatów! Rzadkość, niemal jak zobaczyć słońce w Londynie.
Od paru dni jesteśmy w szponach Zimnej Zośki, ale mimo ponurej pogody w ogrodzie święto, bo wykluły się sikorki bogatki, pierwsze w historii mojego urzędowania tutaj. Jak się jest blisko, to z budki słychać kwilenie! Czysta rozkosz. 

Sikorkowi rodzice nie mają lekko, muszą znosić robaki w deszcz, wiatr i mróz, a długoterminowe prognozy mówią, że to potrwa jeszcze parę dni. Udało mi się jednak zaczaić z aparatem, wprawdzie przeznaczonym do zbliżeń w ciemności, ale w razie czego zdolnym do uchwycenia sikorek. Teraz postaram się o taki z dłuższym obiektywem, może uda mi się sfotografować, jak młodzież uczy się latać?

Co do budki, starałam się znaleźć taką, w której ptaszki nie zrobią sobie krzywdy żyjąc w środku, ani też nie zostaną napadnięte przez koty… i ponieważ wygląda na pozytywnie zaopiniowaną przez „moje” sikorki (jak to dumnie brzmi!), to szczerze polecam: Budka lęgowa dla ptaków model horyzontalny.

Wysiewanie

Przypadkiem odkryłam moją nową ulubioną audycję, o jedzeniu, w rockowym Antyradiu. Lubię synchronizować się z ulubionymi audycjami, z których pierwszą była lista przebojów Trójki. Na tą trafiłam zupełnym przypadkiem i tak mi się spodobało, że postanowiłam napisać list. Ponieważ został upubliczniony już na antenie, gdy przeczytał go pan redaktor (bardzo mi miło), to upublicznię i ja:

Kiedy ostatnio was słuchałam, samotnie szyłam książkę w introligatorni, natomiast dziś będę wysiewać groszek. Kto nie jadł groszku prosto z krzaczka, ten nie wie co to niebo w gębie! W domu sałata masłowa i trawa cytrynowa już zaczynają kiełkować, chociaż miały dopiero za dwa tygodnie. Nowe pędy wypuszcza pitaja w wiszących doniczkach, dając cień złudnej nadziei, że kiedyś wyrosną mi smocze owoce. Wysieję też papaję, niech się tylko trochę namoczy; z niej widziałam, że ktoś wyhodował owoce we własnej polskiej szklarni, więc tu nadzieja będzie nieco mniej efemeryczna. Do ogrodu przyjadą też nowi lokatorzy: Jakub Lebel i Piękna z Herrnhut; nie jest to jednak para upadłych arystokratów, tylko zwyczajne jabłonki. Herrnhut to taka miejscowość w Niemczech. Mieszkają tam herrnhuci, którzy lubią modlić się wspólnie z przedstawicielami innych wyznań.

Zbiegiem różnych okoliczności słucham tego radia zazwyczaj w słuchawkach, nie w domu, tylko przeważnie gdzieś idąc. Tym razem upublicznienie niniejszego listu zastało mnie podczas prac ogrodowych; mianowicie konstruowania podpory dla tykwy. Z tego powodu było mi podwójnie miło, bo rozmyślanie o tym, co by się tu zjadło, idealnie współgra z pracą w ogrodzie, w którym hoduje się wiele smakowitości. Dlatego może spróbuję uczynić takie listy moim nowym rytuałem (w żadnym razie nie domagam się każdorazowego upublicznienia na antenie, chociaż będzie mi równie miło, jak wczoraj). Drugi powód jest taki, że Poeci dla Tybetu przypomnieli mi ogólnie o pisaniu; o różnych wydarzeniach, które dzieją się w świecie poetów; i dlatego postanawiam pielęgnować fakt, że umiem nie tylko rysować (od razu dodam że nie śpiewam, nie tańczę i nie recytuję – to ostatnie dotyczy również moich własnych tekstów, dlatego wolę, żeby ktoś robił to za mnie).

Na zdjęciu orlik i rzodkiewki.