Znajdując Safonę

Tak się nazywa konto na Instagramie, na które przed chwilą trafiłam. Nawet nie wiem w jaki sposób; chyba za sprawą hashtaga #herstory. Zadziwiające, ale ostatnio najwięcej ciekawych historii, odkryć, przemyśleń, czy jak to jeszcze nazwać, przynoszą mi właśnie Instagram i Tinder. Te pożeracze czasu, protezy zastępujące nastolatkom podwórko, a dwudziesto- i trzydziestolatkom normalne kontakty z ludźmi, targowiska próżności i jak je tam jeszcze zwał… tak jakby wywróciły się na lewą stronę i tańczą prawie tak, jak się im zagra.

Dodatkowo odkrywam, że blogi wcale nie umarły. Mam nadzieję, że ten tutaj będzie jednym z dowodów na to (jeśli ktoś kiedyś na niego trafi, bo wstępny risercz wykazał, że wirtualna widownia będzie świecić pustkami, o ile czasem nie zajrzy jakiś litościwy wariat albo zboczeniec). Pamiętam, jak swego czasu zamykała się jedna z polskich platform blogowych. Jakie wtedy były lamenty! Że wszystko pożarł Facebook, nikt już nie napisze ani nie przeczyta nic dłuższego od smsa, i tak dalej. A ja mam wrażenie, że większość grafomanów i egomaniaków przeniosła się właśnie do Facebooka, gdzie lajki instant czynią ich szczęśliwszymi, niż robiły to blogi. A Tinder nakłonił kilkoro introwertyków do autorefleksji i spojrzenia, kto jest mniej lub więcej niż kilometr stąd. A Instagram pogłaskał tych, którzy doznają nirwany na widok kwiatka opromienionego światłem poranka, choćby się nie wyostrzył.

Oczywiście, że nie jest pięknie, a z ludźmi wciąż ciężko wytrzymać. Opanowanie choćby takiego telefonu, żeby nie tylko działał, ale i wyglądał tak jak chcę, zazwyczaj zajmuje mi prawie rok. Jednak ostatnio dobre strony tych zjawisk same skaczą mi do oczu, więc muszę poświęcić im choćby tę notkę.

Przy okazji – jeśli ktoś zajmuje się scenopisarstwem, ten powinien wiedzieć że właśnie trwa coroczny czelendż, żeby napisać 31 sztuk w 31 dni, w miesiącu sierpniu. Brałam udział w zeszłym roku, niestety moje własne scenariusze zazwyczaj są tak absurdalne, że nawet ja nie wiem co z nimi zrobić. Poza tym były napisane po angielsku, stając się jeszcze mniej przydatnymi (bo musiałabym je przetłumaczyć na polski, a nie mogłam znaleźć ku temu nawet jednego powodu). Scenariusze te nie były nigdy szczególnie safickie, bo atmosfera pasywnej agresji zawsze bardziej mi odpowiadała, niż wątek jakiejkolwiek miłości (ale tylko tam; w innych dziedzinach jestem artystką łagodną, liryczną, wybaczającą i dbającą o szczęśliwe zakończenia). Żeby jednak mojego braku udziału w tym roku nie uznać za całkowite nieróbstwo, postanowiłam napisać jeden. Po polsku.

Muszę przyznać, że jestem pełna podziwu dla uczestników tego wyzwania. Bardzo wiele osób potrafi faktycznie napisać pełnowymiarowe scenariusze przez jeden dzień (choćby wynikła z nich sztuka była krótka). Niektóre nawet zostały wystawione. W Polsce środowisko teatralne (i okoliczne) raczej nie jest tak ożywione, żeby podobne cuda mogły się zdarzać, ale oznacza to tylko jedno: nic nie stoi na przeszkodzie żeby wziąć i od czasu do czasu napisać scenariusz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s