Dialog z Dialogiem – część trzecia

Tekst o korzeniach teatru queer Laurence Senelicka (historyka dramatu i teatru w Tufts University) jest mi nawet trochę bliski, jako że dawno temu studiowałam etnologię i antropologię kulturową (była nawet antropologia płci i seksualności). To tu pojawia się myśl, że „status twórcy jako <osoby queer> funkcjonującej w obrębie <społeczeństwa heteryków> to na pewnym poziomie podstawowy budulec sztuki”. Pewnie racja; zazwyczaj zostaje się artystą dlatego, że jest się trochę „innym” od reszty (za wyjątkiem artystów ludowych, których przykrawano do wcześniej zaplanowanego wzorca…) ale ta inność wcale niekoniecznie wyraża się w mniej popularnej orientacji seksualnej czy tożsamości płciowej. Wolę tezę Eli Rozika (Korzenie teatru. Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011), że teatr wywodzi się z myślenia obrazami. Każdy może myśleć obrazami, nawet uprzywilejowany biały heteroseksualny mężczyzna, który nikogo nie molestuje, nie ignoruje, nie wyśmiewa i nie poniża, ani nawet nie musi niczego specjalnie legitymizować.

Laurence Senelick pisze o roku 1603, że jest to data „pierwszego, legendarnego performansu kabuki”, pantomimy o świątynnej tancerce i prostytutce Okuni. Zagrała ją kobieta przebrana za mężczyznę, byli także tancerze przebrani za kobiety. Później wygląda na to, że chociaż kabuki zaczęło się od Okuni, to dalszą historię tworzyli jednak mężczyźni. Następnie autor przywołuje dramat Jurija Oleszy z 1931 roku pt. Rejestr korzyści, gdzie „klasycznie wykształcona aktorka porzuca Związek Radziecki na rzecz rzekomej przewagi życia na Zachodzie. Po przyjeździe do Paryża jest natychmiast upokorzona”. Ciekawe, że Alla Nazimova, wtedy pięćdziesięciodwuletnia, przybyła do Ameryki właśnie w tym celu, dwadzieścia pięć lat wcześniej. Nie została jednak upokorzona, lecz zrobiła oszałamiającą karierę jako gwiazda kina niemego. W Moskwie grała główne role u Konstantego Stanisławskiego. U szczytu amerykańskiej kariery wybudowała willę z basenem w kształcie Morza Czarnego. Wyprodukowała i zagrała główną rolę w filmie „Salomé” (1923), w którym cała obsada miała być „queer”, włącznie z nią samą – to ona pierwsza nazwała kobiety niehetero w Hollywood „kółkiem krawieckim”.

O tym wszystkim się jednak nie dowiemy; dalej pojawia się dopiero nazwisko Susan Sontag, która uważała że „kamp nie jest queer” (to tyle na temat Susan Sontag oraz jej przemyśleń na temat kamp i queer). Później jeszcze kilka wzmianek o dziewczynkach granych przez chłopców lub odwrotnie (m.in. Colette w 1907), oraz francuski teatr pornograficzny z  końca osiemnastego wieku, z obszernym fragmentem z Ducha moralności w osiemnastym wieku (1789). Przytoczony w artykule fragment, to dialog między Markizą a Mademoiselle de Lesbosie, będący sceną erotyczną między nimi. Co ciekawe, autor stwierdza: „jawny brak ironii i dystansu uniemożliwia zakwalifikowanie tego potajemnego libertyństwa jako prawdziwie queerowego”. Oczywiście lesbijska pornografia nie jest żadnym zaprzeczeniem norm społecznych, toteż nie może być sztuką. Zgaduję, że gdyby to była scena między dwoma mężczyznami, to już byłaby „prawdziwie queerowa”.

Co mi przypomina, że rozbudowałam kiedyś artykuł na Wikipedii, pt. Erotyka (sztuka). W formie, w jakiej go zastałam, omawiał tylko gejowską pornografię, która z tego czy innego powodu zbliżyła się do rangi sztuki. Dopisałam zatem Safonę, Virginię Despentes, a także Jana Saudka i Alva Bernardine (szkoda, że prace tych dwóch nigdy nie będą „budulcem sztuki”, bo są heteroseksualnymi mężczyznami; i pewnie nawet nie pomoże fakt, że Saudek uważany jest za „ojca” fotografii inscenizowanej). Znacie więcej? Dopiszcie! Laurence Senelick wspomniał jeszcze raz o kobietach w swoim tekście – omawiając sztukę Anja i Estera z 1923 roku (to data premiery „Salomé”!), w której Anja i Estera mają romans. Anję i Esterę zagrały kobiety (siostra Klausa Manna, homoseksualnego syna Thomasa Manna, oraz ich przyjaciółka Pamela Wedekind – córka dramatopisarza Benjamina Franklina Wedekinda).

Na koniec mój ulubiony teatralny wspominek z tejże epoki: (niestety haniebnej jakości) fotografia z roku 1925, do spektaklu Upadłe Anioły Noëla Cowarda (mimo bardzo tęczowej natury jego teatr nie miał szczęścia – nie uznano go nigdy za szczególnie artystyczny; sam Coward pojawia się jednak w tęczowych kręgach swojej epoki i wiele zawdzięcza m.in. temu, że zaopiekowało się nim ówczesne „kółko krawieckie”). Upadłe Anioły opowiadają o perypetiach dwóch małżeństw, które w domyśle mogą być dwoma lawendowymi małżeństwami; jest to jednak interpretacja dla nieco bardziej „wtajemniczonych”. Na zdjęciu po prawej stronie jest Tallulah Bankhead, która zagrała jedną z bohaterek. Jest to moja absolutnie ulubiona przedstawicielka ówczesnego „kółka krawieckiego”; najprawdopodobniej kochanka m.in. Marleny Dietrich. Na Instagramie mnożą się kolekcje starych fotografii; polecam zatem przejrzeć @tallulahmydarling.

Reklamy

Dialog z Dialogiem – część druga

Teraz będą cytaty. Sama jestem ciekawa, co wyniknie z takiego przefiltrowania tych tekstów; ale nie zabrałam się za to wcześniej, bo temat jawił mi się przede wszystkim bardzo smutny. Niby dlaczego część jakiejś historii tak zwyczajnie pomijać, bo ze względu na płeć wydaje się mniej ważna? Przyczyny tego są oczywiście skomplikowane, ale ostateczna ostateczność jest prosta i smutna (a do tego inni blogerzy uparcie ogłaszają koniec świata, jakby jesiennej nostalgii było mało). W ramach pocieszenia na fejsbukowym profilu delektowałam się piosenką z najbardziej poetyckiego serialu, jaki ostatnio oglądam, podziwiałam panią która wyjmuje wędkarskie haczyki z paszcz rekinów i cieszyłam się, że gdzieś w Churchill Downs milion dolarów wygrała dwuletnia klacz, która ma umaszczenie podobne do koloru piórek na grzbiecie sójki. Znalazłam nawet przywrócony z zaświatów portal ze starymi filmami, gdzie można zobaczyć jeden z frywolnych filmów Dorothy Arzner (pierwszej hollywoodzkiej pani reżyser a zarazem jawnej lesbijki), oraz księgarnię w Londynie, która reanimuje zapomnianą literaturę kobiecą z początku i połowy dwudziestego wieku.

Niewiele pocieszona, wracam do Dialogu. A tam: „Teatr idiotyczny. Początki”, autorstwa Joanny Krakowskiej. Najpierw w tekście pojawia się Julia Andrews, która w musicalu Victor Victoria grała „tytułową rolę kobiety udającej, że jest mężczyzną udającym kobietę”. To częste. Z jakiegoś powodu udawanie udawania jest ciekawsze niż zwykła stuprocentowa kobiecość, może dlatego że bardziej widowiskowe. Może i lepiej, bo ja na widok stuprocentowo kobiecych aktorek natychmiast padam trupem (z miłości).

Następnie jest o tym, że współpraca Andyego Warhola z Ronaldem Tavelem skończyła się, gdy jego supergwiazda Edie Segwick odmówiła występowania w „perwersjach Tavela”. A później sporo argumentów za tym, że robienie okropnych rzeczy w teatrze jest super (naprawdę niewiarygodne, że w tym numerze nie ma ani słowa na temat Sary Kane). Później dalsze losy Shower (to ta perwersja) i Charles Ludlam, który za młodu był pod wrażeniem eksperymentalnych filmów; np. Lupe, o meksykańskiej gwieździe Lupe Velez. Ludlam zagrał jej lesbijską kochankę.

Później jeszcze jedna wzmianka, na temat scenariusza Warholowskiego Screen Test. Scenariusz zakładał „obecność jeszcze jednej aktorki” (pierwszą grał mężczyzna), „młodej kobiety, która pragnie sprostać wizerunkowi gwiazdy, ale oczywiście nie jest w stanie dorównać charyzmatycznej drag queen”. To też częste. Można napisać o tym cały artykuł, albo i książkę. Można porównać ze światem przyszłości który powoli inscenizuje Instagram, gdzie prawdziwi ludzie nie są w stanie dorównać starannie zaplanowanym wizualnym kreacjom.

Następny fragment jest nawet zabawny: omawiany artysta tworzy swoją pierwszą sztukę, Big Hotel, w oparciu o Grand Hotel z Gretą Garbo. Czy autor był świadomy plotek (dziś właściwie już ujawnionych, choćby w pamiętnikach Mercedes de Acosty) na temat homoseksualnej orientacji tej hollywoodzkiej megagwiazdy? Nie wiadomo, ale dziwne że w takiej publikacji o tym nie wspomniano (chyba nie dlatego, że Greta Garbo była aktorką filmową).

Na koniec jest jeszcze o tym, że „legitymizacja własnej performatywnej kobiecości” w wykonaniu nieheteronormatywnych mężczyzn „przybierała czasem brutalne formy”, na przykład wtedy, gdy Ludlam rzucił w aktorkę tamponem w trakcie spektaklu. To obrzydliwe zjawisko, chyba mające korzenie w traktowaniu aktorek jako istot podrzędnych także przez mężczyzn hetero związanych z teatrem – reżyserów, producentów, innych aktorów itd. Akcja #MeToo ujawniła jego skalę. Stereotypowo, geje uważani bywali za „najlepszych przyjaciół kobiety”. Widocznie nie wtedy, kiedy walczą o swoją „legitymizację”.

Tekst podsumowuje nawiązanie do dzisiejszego Białego Domu z Donaldem Trumpem na czele, który „legitymizuje żenadę jako normę”. Biały dom „po prostu jest serio”, podczas gdy „teatr idiotyczny” miał „zwracać się przeciwko jakiemuś wielkiemu serio”. Szkoda tylko, że w przypadku kobiet w nim obecnych miało to postać poniżania, wyśmiewania, ignorancji i perwersji; przynajmniej o tym tylko mówią fragmenty, które ich dotyczą.

Już w następnym odcinku: o korzeniach teatru queer, czyli jak mówimy „osoba queer”, to widzimy mężczyznę niehetero, albo mężczyznę przebranego za kobietę.

Na pocieszenie coś ładnego, nieteatralnego, w koński sposób dziewczęcego – Jaywalk o umaszczeniu różano siwym (rose grey). Jej imię oznacza „przechodzić przez ulicę w niedozwolonym miejscu”, a samo jay – to sójka. Prowadziła od startu do mety – to się nazywa girlpower!

 

Dialog z Dialogiem – część pierwsza

Tak jak wspominałam, napiszę o październikowym numerze miesięcznika „Dialog”, który miał być o tak zwanym teatrze queer. Zacznijmy od tego, że bardzo dobrze, że ktoś podejmuje takie tematy, zwłaszcza w kontekście, w którym właściwie nie można opowiedzieć się po właściwej stronie.

Nie śledziłam kolejnych wydań „Dialogu” na bieżąco; dowiedziałam się o tym numerze dzięki temu, że Sztuczne Fiołki udostępniły tę informację na Facebooku. Chociaż teatr mnie interesuje, to wychodzę z założenia, że jeśli dzieje się w nim coś ciekawego, to takie coś prawdopodobnie samo do mnie trafi. Zazwyczaj tak jest.

Zanim wzięłam październikowy „Dialog” do ręki już wiedziałam, co będzie w środku. Stało się tak głównie za sprawą serii „Inna scena” wydanej przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w 2008 roku. Było to główne źródło moich informacji na temat „co nieheteronormatywnego dzieje się w polskim teatrze”, jakie mogłam znaleźć, pisząc pracę doktorską o współczesnych artystycznych interpretacjach dzieła Safony; i jakież było moje rozczarowanie, kiedy źródło to traktowało głównie o gejach i osobach trans, które są raczej płci męskiej.

Podobnie było wtedy, kiedy „odlajkowałam” jedną z polskich stron o tematyce (niby że) LGBT+ (prowadzący wydają także miesięcznik i zdaje się, że mają status OPP). Strona zaprosiła mnie do „polubienia” ponownie, więc napisałam że tego nie zrobię, bo publikowali głównie informacje o mężczyznach płci męskiej i homoseksualnych (zwróćcie uwagę, że biseksualność jest ciekawym wyjątkiem w całej tęczy – tylko w przypadku tej orientacji mężczyźni są mniej widoczni, niż kobiety; we wszystkich pozostałych zdecydowanie dominują w powszechnej świadomości). W odpowiedzi na to, że mniej u nich wiadomości o kobietach niż o mężczyznach, redakcja stwierdziła że jest to odbicie kultury, w jakiej żyjemy – nie tylko kultury LGBT, ale w ogóle. Chociaż redakcja wyraziła ubolewanie nad „niewidocznością lesbijek w porównaniu z gejami”, to wyraźnie nie zamierzała nic z tym zrobić.

Stąd zresztą wziął się pomysł na Florę Hildę von Eerschay oraz niniejszego bloga, więc nie ma tego złego…

Zjawisko wyjątkowej akceptacji gejów w teatrze jest dość niezwykłe, bo w wielu środowiskach są oni na różne sposoby dyskryminowani. Tymczasem, jak to określił autor tajemniczo podpisujący się jako West End Producer, w swojej książce pt. „Everything You Always Wanted to Know About Going to the Theatre (But Were Too Sloshed to Ask, Dear)”: „Gdzie byłby teatr bez gejów? Geje pracują w teatrze, chodzą do teatru, tworzą teatr – geje teatrem, kochanie.”

Producent z West Endu ma świętą rację i ja wcale nie chcę „wylać gejów z kąpielą”. Nie zamierzam ich też znielubić, tym bardziej że sami w sobie są mniejszością (podobnie jak kobiety niehetero) i teatr w ogóle jest zjawiskiem marginalnym (tudzież, jak chcą niektórzy – elitarnym) na przykład w porównaniu z filmem. Co ciekawe, tej dyskryminacji kobiet les/bi wobec gejów jest w filmie i telewizji o wiele mniej, niż w teatrze. Przykładem choćby „Salomé” (1923), „Tipping the Velvet” (2002), „Maska małpy” (2000), blockbuster „Atomic Blonde” z Chalize Theron (zdobywczynią Oscara za ambitniejszy i równie lesbijski „Monster”), gwiazdorska „Carol” (2017), tegoroczne „Vita & Virginia” oraz „Wild Nights with Emily”… wymieniać można naprawdę bardzo długo (i prędzej czy później zamierzam to zrobić).

Na razie jednak przeczytałam „Dialog”, zaznaczając sobie na żółto wszystkie fragmenty, które w jakikolwiek sposób dotyczą kobiet (za wyjątkiem wyliczanek – kiedy kilka/naście osób jest wymienianych po kolei, a następnie o niektórych z nich jest coś więcej; bo zazwyczaj o kobietach tego „czegoś więcej” nie było). Ponieważ tych fragmentów jest stosunkowo mało, a każdy z nich dotyczy czegoś ważnego (na przykład tego, jak traktowane są aktorki – także przez mężczyzn hetero – patrz akcja #MeToo), to postanowiłam po kolei je wymienić i omówić.

Już w następnym odcinku… ;-)

P.S. Ta fotografia mężczyzn (aktorów) przebranych za kobiety przywołuje jedno wspomnienie… mieszkałam kiedyś przez kilka miesięcy na greckiej wyspie Lesbos. Byłam wtedy studentką antropologii, a na wyspie nie było jeszcze żadnych uchodźców (nawet na wojnę w Syrii się nie zapowiadało, taka jestem stara). Było jednak sporo żołnierzy, bo Grecy, ogarnięci obsesją rychłej tureckiej inwazji (hehe) uznali że wszystkie ich wyspy graniczne muszą być uzbrojone (wbrew jakimś międzynarodowym porozumieniom, o których mam blade pojęcie). Na Lesbos było więc sporo żołnierzy, którzy nie mieli kompletnie nic do roboty. Sceneria z ich udziałem przypominała „Czas Apokalipsy” Coppoli. Młodym mężczyznom zgromadzonym bez sensu i bez celu przychodzą głupie rzeczy do głowy, a testosteron buzuje; toteż na Lesbos były również prostytutki. Nie wiem jak z legalnością prostytucji w Grecji, ale wątpię żeby choć jedna z nich była tam dobrowolnie. Amerykańskie turystki, widząc parę Greczynek trzymających się za ręce idąc przez Mitilini, myślały pewnie że to najprawdziwsze greckie lesbijki z Lesbos… tymczasem często były to właśnie prostytutki, które w ten sposób chroniły się przed końskimi zalotami. Niełatwy kawałek chleba. Jedną z tych prostytutek był mężczyzna, wysoki, wysportowany i zdecydowanie męski, ale przebrany za kobietę (trochę a’la Marilyn Monroe). Spotykałam go rankiem w piekarni; już stojąc w kolejce po świeże pieczywo był w stroju „do pracy” i chyba tylko on nie bał się swoich „klientów” (a zdarzyło mi się uciekać w środku nocy, z hiszpańską koleżanką, przed dwoma żołnierzami na gigancie, którzy gonili nas na motorze uliczkami Mitilini). Takie to były czasy!

P.P.S. Tymczasem w pracowni pewna rozzuchwalona studentka uważała, że uszyje książkę bez taśm (to już druga! czego one się naoglądały na tym jutubie?), a w ogóle to chodziła na fakultet w zeszłym roku, więc sama przyklei wyklejki (niekoniecznie) i obsłuży gilotynę (dobrze że nie obcięła sobie palców). Na podstawie studentów stwierdzam, że chłopcy są o wiele grzeczniejsi od dziewczynek.

Przebieranki i rozrost

Mam aż dwie łamiące wiadomości (ang. breaking news), o których chcę tu napisać. Nawet więcej, ale że wymagają one przemyśliwania, starania się, redagowania, ważenia słów i wielu przysłowiowych (pardon) dupogodzin przed nadajnikiem, to najpierw napiszę tylko o tym, że chcę o tym wszystkim napisać. Takie coś a’la zwiastun, albo spis treści.

Pierwsza to historia paryskiej ex-modelki, która w wieku lat dwudziestu-kilku postanowiła wyprodukować bieliznę o charakterze uwodzicielskim, skierowaną do kobiet, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które siebie adresują również do kobiet. Wciąż nie mogę się nadziwić, że w Paryżu jest taka młodzież (chociaż dziwić się nie powinnam, choćby słysząc tylko strzępy o jego przebogatej historii w tym zakresie).

Druga, to moje wyżywanie się na aktualnym numerze miesięcznika „Dialog”, w którym niby to piszą o „teatrze queer”, a tak naprawdę piszą prawie tylko o gejach i mężczyznach trans. Nawet trochę mi ich szkoda, bo wyszło że mam rację. Jednocześnie się dziwię, że to zjawisko nie jest szerzej opisywane i dyskutowane. Czy dlatego, że robiąc to nie da się absolutnie zachować nawet pozorów politycznej poprawności? W czasach, kiedy każda szanująca się publikacja „od kultury” (i nie tylko) woli brzmieć sztucznie, dziwacznie i grafomańsko, niż nie uwzględnić żeńskiej końcówki, mamy do czynienia ze zjawiskiem ostrym jak brzytwa, niesprawiedliwym jak samo życie, soczyście wyrazistym, bezczelnie niepoprawnym i umoszczonym w swojej niszy jak kot w starym fotelu.

To dyskutowanie z „Dialogiem” chyba podzielę na dwie części, bo pojawia się tam naprawdę wiele ciekawych wątków. Polecam każdemu, kogo polityczna poprawność mierzi i mdli. W „teatrze queer” jakby nigdy o niej nie słyszano. Trochę żal tylko tego, że naprawdę wiele ciekawych zjawisk feministyczno-les/bi jest właśnie w teatrze (i pociągnęłam na tym całą pracę doktorską, ale musiałam się właśnie tak męczyć; tylko dlatego wiedziałam co będzie w takim numerze „Dialogu”, zanim nawet go przeczytałam).

Na razie jednak puszczam Florę Hildę von Eerschay z tęczowej smyczy, żeby mogła trochę być kim chce (może nawet zwykłą panią od kultury, a może po prostu trochę bardziej incognito). Wpuszczam ją też na fejsbuka, nie tyle dla lansu (chociaż też), ale myślę że ułatwi to udostępnianie innych ciekawych treści (na tym blogu chyba w ogóle nie widać linków). Może lepszy byłby Twitter albo jakieś jeszcze inne cholerstwo, ale nie chce mi się tego wybadać; już Instagram doprowadza mnie do jasnej Anielki. Zatem zapraszam: Flora Hilda von Eerschay na fejsbuku.

Po przedostatnie, zmieniłam trochę wygląd niniejszego bloga, bo tamten wydawał mi się zbyt błotnisty. Na razie nie mam zdania na ten temat. Dobrowolnie przyjęty reżim stosowania (niemal) wyłącznie ilustracji własnej produkcji czasami ogranicza mnie z uwagi na lenistwo w tym zakresie, ale w miarę możliwości postanawiam reżim utrzymać, bo tak by było najlepiej.

Nie wiem właściwie, co miało być na koniec; może wspomnienie o dzisiejszej studentce, która nie chciała się nauczyć pewnej warsztatowej umiejętności, bo widziała na jutubie jak influencerka robiła to szybciej i w ogóle bez żadnych dziwnych urządzeń. Tłumaczyłam jej zatem na podstawie „queerowego” numeru Dialogu, oraz mojego własnego notatnika z podobizną Emily Dickinson na okładce, na czym polega różnica między różnymi typami oprawy książki. O ile różnicę zdawała się pojmować, to istnienie pierdyliarda metod szycia książki chyba nadal nie ma dla niej żadnego uzasadnienia. Jak żyć? Albo raczej: jak kształcić przyszłe pokolenie artystek? Żeby nie było: kształcę też przyszłe pokolenie artystów, ale oni na razie nie zadają prowokacyjnych pytań (może się krępują).

„Tipping the Velvet” i złe kobiety

Najpierw trafiłam na recenzję serialu „Bodyguard” na Kulturalnie po Godzinach. Stwierdziłam, że nie pociąga mnie wątek zauroczenia pani polityk i ochroniarza, ale postanowiłam sprawdzić, co się wszystkim tak spodobało… no i warto było! Tym razem tłum miał rację, bo również ja jestem zachwycona tym serialem, szczególnie wątkiem romansu, co do którego miałam początkowo wątpliwości – ale okazał się najmocniejszą stroną tego serialu i popisem aktorskim obojga bohaterów.

Tymczasem Filmweb, podobnie jak w przypadku filmu „Maska małpy” o którym pisałam wcześniej, postanowił przypomnieć mi, że Keeley Hawes (grającą kontrowersyjną panią polityk ochranianą przez tytułowego bohatera) już gdzieś widziałam; w filmie pod polskim tytułem „Muskając aksamit” (ang. „Tipping the Velvet”), na podstawie debiutanckiej powieści Sarah Waters, opowiadającej historię młodej dziewczyny zafascynowanej tancerką kabaretową przebierającą się za chłopca, oraz ich lesbijskiego romansu w dziewiętnastowiecznym Londynie. Film (a właściwie serial telewizyjny) był bardzo zgrabnie zrealizowany zarówno pod względem kostiumów i realiów ówczesnego niezbyt pruderyjnego Londynu, jak i głównych postaci.

Było to jednak szesnaście lat temu; co prawda ja widziałam „Tipping the Velvet” nieco później, ale i tak zdążyłam już o nim zapomnieć. Sarah Waters z pewnością nie porzuciła wątków lesbijskich i feministycznych w swoich kolejnych powieściach. Tymczasem Keeley Hawes zagrała (wśród wielu innych ról) w drugim sezonie serialu „Line of Duty”, gdzie wcieliła się w skorumpowaną policjantkę uwikłaną w spisek i sieć intryg. Postać tę charakteryzuje podobny magnetyzm, tajemniczość i wyrafinowanie, co graną przez nią panią polityk w serialu „Bodyguard”. Nie to mnie jednak najbardziej cieszy – bo bohaterki „Line of Duty” i „Bodyguard’a” otoczone są wieloma innymi silnymi, intrygującymi postaciami kobiet, które są kimś znacznie więcej niż scenografią dla męskich rozgrywek (inaczej niż choćby w „Ojcu chrzestnym”, którego niedawno obejrzałam jeszcze raz i byłam zaskoczona, jak bardzo kobiety nie istnieją w tym filmie). Pod tym kątem wspaniale ogląda się choćby pojedynek między skorumpowaną policjantką a śledczą która nie wierzy w jej kłamstwa, jednocześnie darząc ją czymś w rodzaju współczucia; czy panią polityk a szefową ochrony, która zamierza ją zlikwidować. Może gdyby Francis Ford Coppola uświadomił sobie w czasie pracy nad „Ojcem chrzestnym”, że kobiety to też ludzie, to jego film byłby jeszcze wspanialszy?