Świat na kwarantannie

Najskuteczniejszy ekoterrorysta świata, Covid-19, postawił sprawę jasno: wszyscy siedzieć na d… w domu, koniec z lataniem bez sensu po świecie, powyłączać wszystko czego absolutnie nie potrzebujecie. Niestety rykoszetem dostało się kulturze, której potrzebujemy; ale na razie jakoś radzi sobie zdalnie. Tymczasem niebo się przejaśnia nad umęczonymi smogiem miastami przemysłowymi, a w weneckich kanałach zaczyna być widać rybki.

Wielu ludzi potraktowało poważnie zalecenie, że najlepsze co mogą zrobić to siedzieć w domu i nie zawracać głowy innym, którzy próbują opanować sytuację, wynaleźć lek, szczepionkę, dostarczyć gdzie trzeba to, co jest w tej chwili naprawdę potrzebne. Okazało się też, jak bardzo jesteśmy wszyscy ze sobą powiązani; jak ten rolnik-filozof, rozdający swoje najlepsze nasiona najbliższym sąsiadom, by dzięki temu i jego plony były zdrowe i silne. Musimy zadbać o wszystkich, bo będziemy tylko tak zdrowi i bezpieczni, jak nasi sąsiedzi; a nawet ci, którzy żyją o wiele dalej.

Ci, którzy siedzą w domu, sprzątają, piją ciepłą herbatkę, doczytują książki, porządkują na szafach, telefonują do bliższych i dalszych znajomych i rodziny, wreszcie mając czas z nimi porozmawiać, może nawet sami coś ugotują, albo posieją coś jadalnego na wiosnę, zaczynają też zrzucać maski. Już nie można wstawić na fejsa wystylizowanych selfie z egzotycznej wycieczki; wycieczka odwołana. Nie można wrzucić wideo z koncertu, bo koncert odwołany. Nie można pochwalić się kolejnym osiągniętym czelendżem, bo większość zmieniła się w fakapy.

Dla wielu ludzi to ogromny stres. Nagle świat zmniejszył się do czterech ścian, albo jeszcze bardziej. Trudno wyobrazić sobie i zrozumieć każdą sytuację; dlatego ja staram się wiedzieć tylko to, co koniecznie potrzebne w najbliższych dniach. Jest to też sprawdzian z tego, czy umiemy weryfikować nadchodzące informacje. Poza tym jednak – zajmuję myśli innymi tematami. Okazało się, że najlepiej działają na mnie długoterminowe plany. Bo tak naprawdę i ta reakcja na pandemię jest naszą ogólnoludzką strategią na przyszłość – dzięki niej będziemy wiedzieli, jak poradzić sobie następnym razem. Szczepionka potrzebna jest nie tylko naszym układom immunologicznym, ale też myślom i planom.

Jednym z najbardziej uspokajających dla mnie filmów była relacja, którą pewna świeżo upieczona mama udostępniła swoim znajomym. Niedawno pochwaliła się że, jako singielka, adoptowała nowo narodzoną dziewczynkę. Jest to koniec bardzo długiej drogi, którą przeszła decydując się na adopcję. Kwarantanna zastała ją na urlopie macierzyńskim; okazało się, że w wielu odległych zakątkach świata siedzenie w domu i unikanie przeziębienia wygląda mniej więcej tak samo.

Znajoma ta zachęcała wszystkich do zadawania jakichkolwiek „wścibskich” pytań na temat adopcji, na jakie chcieliby usłyszeć odpowiedź. Było ich sporo, a ja teraz mam jeszcze więcej – i szukanie odpowiedzi na te pytania jest czymś, co być może warto zrobić właśnie teraz; w każdym razie dla mnie nie było i nie będzie lepszego momentu.

Na przykład: jakie instytucje zajmują się tymi procedurami? W Kanadzie, gdzie mieszka moja znajoma, są dwa systemy: publiczny i prywatny. W Polsce są rozmaite ośrodki adopcyjne, religijne czy świeckie, a do każdego z nich można osobno składać podanie. Jakie warunki trzeba spełnić? Zazwyczaj jest to stabilna sytuacja finansowa i/lub zawodowa, dobre zdrowie, niekaralność, warunki mieszkaniowe. Kto ma większą szansę? Tu jest podobnie w naszych krajach: małżeństwa zawsze będą „pierwsze w kolejce” przed singlami. Co nie znaczy, że my nie mamy szans w ogóle. Wiele małżeństw stara się najpierw o biologiczne dzieci, czasem próbują procedury in vitro; a czas leci… nie bez znaczenia jest też fakt, że oboje małżonków musi jednomyślnie się zgodzić, a różnica wieku między nimi a dzieckiem nie może być zbyt duża.

Poza formalnościami są jednak pytania innej natury: jak trudny jest sam proces weryfikacji? Jakie doświadczenia ma za sobą dziecko? Przecież wszystko, co sprawia że dziecko kwalifikuje się do adopcji, jest traumą dla tego dziecka. Nawet oddanie go tuż po porodzie jest dla niego w pewnym stopniu traumatyczne. A co, jeśli ojcem jest brutalny gwałciciel? Dla mnie taka myśl byłaby chyba trudniejsza do zniesienia, niż wiele innych przeciwności losu. Dalej: czy orientacja seksualna singla/singielki ma znaczenie, jeśli adoptuje jako osoba samotna? Jak przejść kwalifikację nie oczekując niczego, ale jednocześnie przygotowując się na to, że kiedyś zadzwoni telefon z informacją, że odpowiednie dziecko w potrzebie czeka właśnie na nas? A jak to wygląda w takim, na przykład, Meksyku, gdzie małżeństwa i adopcje są dozwolone dla par tej samej płci? Czy tam single niehetero są inaczej postrzegani w tym procesie?

Jednak największym zaskoczeniem dla mnie było chyba to, że udało się osobie ze świata kultury i sztuki; zazwyczaj artyści są uważani za zbyt niekonwencjonalnych, by byli wystarczająco stabilni i odpowiedzialni. To oczywiście też stereotyp. Okazuje się, że mamy też zalety… w przypadku mojej znajomej jest to fakt, że nie bała się dziecka o odmiennym pochodzeniu etnicznym. Myślę, że jej zawód – praca w teatrze, który objaśnia nam złożoność i różnorodność ludzkiego świata bardzo pomoże znaleźć odpowiedzi na nieuchronne pytania o tożsamość… których my, artyści, i tak zawsze szukamy.

Na zdjęciu w tle: pisanka którą zrobiłam w zeszłym roku, z tak zwaną mantrą współczujących Buddów… „om mani padme hum”.

Wełna owcza dla początkujących

Owce są dość popularnym zwierzęciem w mojej okolicy, jak również w siedliskach permakulturowych i w gospodarstwach ekologicznych. Zazwyczaj ich głównym zadaniem jest koszenie trawy i produkcja nawozu. Czasem służą do szkolenia psów pasterskich, ich mięso też cieszy się popularnością. Za to wełna – niekoniecznie.

Postanowiłam to zmienić i zaopiekować się odpadową wełną, której nie chcą prządki (bo brudna, bo gryzie, bo byle jak ostrzyżona), nie chcą jej ogrodnicy (jak to tak, wełna? na grządki? to się rozłoży?) i nie chcą jej owczarze, ale zwierzęta ostrzyc muszą.

Po wielu perypetiach doszłam do wniosku, że wełna owcza to genialny wynalazek. Wcale nie jest tak trudno sobie z nią poradzić. Może nie jest tak miękka jak alpaka, ani tak wytworna jak angora czy kaszmir, ale za to lokalna, ekologiczna i bardzo łatwa do przędzenia (spróbujcie uprząść len!). Oprócz tego grzeje nawet kiedy jest mokra (tylko wełniane czapki w deszcz!) i jest odporna na ogień (nie pochylajcie się w syntetycznym swetrze nad ogniskiem!).

Strzyżenie

Żeby jak najwięcej wełny się do czegoś nadawało, trzeba ją strzyc wtedy kiedy jest sucho, najpierw otrzepać zwierzę przynajmniej z największego brudu, i robić to w czystym miejscu. Najlepiej, żeby wełna była ostrzyżona jednym pociągnięciem (bez „poprawek”). Na grzbiecie i bokach jest najlepsza do przędzenia – warto oddzielić ją od razu. Na szyi i nogach jest zwykle za krótka, a pod brzuchem – zbyt brudna i posklejana. To jednak wcale nie odpad, bo świetnie będzie się nadawać do ogrodu.

Podczas noszenia, dzielenia i przekładania im mniej wełna się rusza, tym lepiej. Idealnie by było, gdyby wszystkie włosy pozostały ułożone równolegle do siebie, zwłaszcza, jeśli nie zamierzamy gręplować ;-)

Niewypraną wełnę przechowujemy możliwie krótko, w suchym i przewiewnym miejscu, w miarę możliwości nie ugniatając jej.

wagonik
Cały wagonik wełny…

Pranie

Podczas prania najważniejsze jest, żeby wełna się nie sfilcowała. Większy brud, jak kawałki słomy, traw, piasek, wytrzepuję i pakuję wełnę w siatki na pranie. Już nie będę jej z tych siatek wyjmować, aż do przędzenia.

Najpierw namaczam wełnę w ciepłej wodzie, bez żadnych dodatków. Woda powinna mieć temperaturę otoczenia, można ją podgrzać ale stopniowo. Jeśli chcemy zachować lanolinę (naturalny tłuszcz, tudzież pot owcy…), to pierzemy w letniej wodzie. Lanoliny i tak nie jest łatwo do końca się pozbyć, nawet jeśli pierzemy w gorącej wodzie i z płynem do mycia naczyń.

Pojemnik, w którym są siatki z wełną, napełniamy tak żeby mocny strumień nie leciał bezpośrednio na nią, bo ją pomiesza i sfilcuje. Najlepiej, jeśli wodę można wypuścić od spodu – na przykład piorąc w wannie, dużym zlewie, albo wiadrze z kranikiem (co zamierzam zrobić, podłączając kranik do systemu nawadniania kropelkowego w ogrodzie – zobaczymy, czy się uda).

Pierwsza woda jest zazwyczaj ciemno brązowa, mocno pachnie owcą, zawiera sporo błota, lanoliny i… nawozu ;-) więc można podlać nią ogródek, albo kompostownik!

Do kolejnego płukania dodaję jakiś środek piorący. Na razie testowałam płyn do mycia naczyń i rozpuszczone płatki mydlane. Zazwyczaj zostawiam wodę na dwie, trzy godziny, w ciepłym pomieszczeniu, żeby za szybko nie ostygła, i ewentualnie trochę poruszam wełnę, żeby rozpuściły się wszystkie zaklejki.

Jeśli wełna jest już bardziej czysta, niż brudna… to można dodać olejek eteryczny; na przykład trawę cytrynową, limonkę, albo co kto lubi (albo coś, czego nie lubią mole). I tak będzie pachnieć owcą i lanoliną, ale z delikatną nutą tego czegoś.

Suszenie

Najłatwiej suszyć na słońcu w ładną pogodę, ale jeśli jeszcze nie jest tak ciepło, to można ułożyć worki z wełną na zapiecku naszego permakulturowego pieca rakietowego ;-) …lub, jeśli ktoś nie ma, to na suszarce. Warto zwracać uwagę, czy wilgoć nie utrzymuje się w bardziej zbitych kłębkach wełny i ewentualnie je rozluźniać.

IMG_20200212_094630
Suszenie chmurek w siatkach na pranie

Przędzenie

Owszem, pomijam etap gręplowania, czyli rozczesywania wełny. Jest to chyba najbardziej czasochłonna czynność, chociaż to dzięki niej przędza będzie równa, miękka i pozbawiona resztek brudu, który nie wypadł wcześniej. Po prostu wyciągam pasmo z oderwanego kłębka wełny, a większość pozostałych kawałków trawy czy drobinek piasku wykrusza się.

Można nie pomijać gręplowania całkowicie i na przykład rozczesać tylko niektóre kawałki. To, co wypadnie, dorzucamy do wełny „odpadowej”, która trafi do ogrodu lub na kompostownik.

Wełna owcza jest świetną bazą do łączenia z, na przykład, chiengorą – czyli podszerstkiem psów długowłosych. Jeszcze nie próbowałam, ale podobno świetnie nadają się do tego takie rasy, jak samojed czy collie.

Na zdjęciu w tle baran rasy Shropshire, wł. Paweł Kołodziejczyk, a poniżej – galeria zdjęć Marzanny Wysockiej, która wypróbowała wełnę rasy Île-de-France od tego samego hodowcy. Ta wełna, w kolorze czarno – brązowym, była zgręplowana i przędzona na kołowrotku.

Co zrobić z wełny?

Obecnie rzadziej hoduje się owce z przeznaczeniem na wełnę, więc często jest ona zbyt gryząca, żeby nadawała się na ubrania; chociaż połączenie jej z czymś delikatniejszym, jak chiengora, może pomóc w tej sprawie. Niektóre rasy, tak zwane mięsno-wełniste, powinny mieć bardziej delikatną wełnę; może nawet taką, jak ta z nowozelandzkich czy australijskich merynosów, która jest uważana za najlepszą.

Z bardziej gryzącej wełny można zrobić na przykład koc, czy chustę. Moim chyba mniej typowym wynalazkiem była wełniana myjka na mydło w kostce.

Na kompostownik!

Z odpadową wełną jest dokładnie odwrotnie niż z tą, którą chcemy prząść – im brudniejsza i bardziej posklejana, tym lepsza i szybciej się rozłoży. Pewien szkocki rezerwat przyrody użył owczej wełny do wyłożenia nią ścieżek. Można użyć wełny jako jednej z warstw w rabatce, która dzięki temu lepiej zatrzyma wodę, a ślimakom nie będzie tak łatwo dostać się do roślin. Okoliczne ptaki na pewno skorzystają z okazji i szybko użyją naszej wełny do budowy swoich gniazd.

Na koniec kilka inspiracji – damska samowystarczalność po islandzku, z owcami w tle:

Niektórzy nadal wolą strzyc specjalnymi nożycami:

Nic się nie marnuje!

View this post on Instagram

We covered the lucious soil in this new raised bed with an extra large ram fleece for mulch. Kerry couldnt resist laying on it, haha. The bed is 4×8 feet – I am amazed this one fleece covered it. Wool makes such an excellent mulch. Light in weight, water filters through easily and as it weathers, it mats and felts and finally degrades. A perfect use for the trashy fleeces Kerry brings home as he shears for folks. Some people dont want the wool…Love it! The tires from our old tire garden are forming a temporary wind barrier on the north side of the space and, hopefully function as a radiant heat mass later as the nightime temps begin to drop. . . #homesweethomestead #inmygarden #raisedbed #mulchit #woolmulch #deserthomestead #desertgardening #permaculture #desertpermaculture #permaculturelifestyle #nowaste #makingdirt #livingsoil #inthegarden #raisingsheep #sheepfarmer #homegrown #growyourown #gardener #sustainable #selfreliance #hyerhomestead #hyerwools

A post shared by Hyer Wools – Kathleen (@hyerwools) on

Permakultura. Jak zacząć?

Miało być: jak zacząć na wiosnę, chciałoby się napisać: jak zacząć w wichurę, bo od wczoraj wieje jak na jakiejś Islandii. Bądźmy jednak poważni; permakultura to coś, co można zacząć o każdej porze i w każdą pogodę, a ten początek zawsze będzie mniej więcej taki sam.

Koncepcja ta liczy już sobie mniej więcej 42 lata. Tak dawno temu Bill Mollison i jego student David Holmgren wymyślili ideę „permanentnego rolnictwa”, czyli takiego, które nie wyniszcza środowiska w jakim się znajduje. Dziś rozumiemy to nawet jako ideę „permanentnej kultury”, stosując podstawowe zasady projektowania permakulturowego w wielu różnych kontekstach.

Permakultura opiera się na trzech podstawowych zasadach etycznych, oraz dwunastu zasadach projektowania. Ludzie poznają ją na różne sposoby. Ja pierwszy raz zobaczyłam charakterystyczne dla permakultury rozwiązania w gospodarstwie znajomych. Myślałam wtedy, że nie jest możliwe zastosowanie ich, bez wyprowadzenia się na wieś. Jeśli jednak potraktujemy je bardziej jak system filozoficzny, to cała idea okazuje się naprawdę elastyczna i twórcza.

Moja ulubiona cecha permakultury jako idei, to ogromna wiara w ludzi. To moim zdaniem odróżnia ją od innych strategii radzenia sobie z problemami naszych czasów, jak choćby globalne ocieplenie. A problemy te są poważne. Wiele z tych innych pomysłów – często równie ważnych i potrzebnych – zakłada tylko, że ludzie powinni przestać coś robić. Mniej zużywać, mniej podróżować, mniej jeść, mniej kupować. To oczywiście ważne, jednak permakultura daje nam coś więcej: odpowiedź na pytanie, co zrobić w zamian.

Właściwie nie tyle odpowiedź, bo ona dla każdego z nas będzie inna; jest raczej zestawem wskazówek, dzięki którym możemy tę odpowiedź dopiero znaleźć. Szukając jej, kierujemy się zasadami troski o Ziemię i troski o ludzi, oraz przeznaczania nadmiaru naszych własnych zasobów na realizację celów korzystnych dla Ziemi i ludzi – czyli dwóch pierwszych zasad.

Te idee brzmią bardzo górnolotnie, ale pierwszy krok w ich kierunku może być bardzo mały: wyhodować coś do jedzenia. Jak powiedział pewien japoński rolnik:

„Dla ludzkiego organizmu najlepsze jest pożywienie, które jest najbliżej. A to pożywienie, które trzeba zdobywać daleko, ma dla nas najmniejszą wartość.”

Masanobu Fukuoka, Rewolucja źdźbła słomy

Nie chodzi o pożywienie, które jest w sklepie pod blokiem, ale przybyło tam z drugiego końca świata, albo zostało wielokrotnie przetworzone zanim trafiło na sklepową półkę. Nie oznacza to też, że od razu wyhodujemy całe pożywienie, jakie jest nam potrzebne. Zazwyczaj i tak nie mamy do tego warunków. Na początek wystarczy szczypiorek na parapecie, który kiedyś zjemy na śniadanie. Już taka „mikro uprawa” potrafi pokazać, z jak wieloma innymi elementami jesteśmy powiązani.

Od razu pojawia się inny problem – widzenie zarówno przyrody, jak i ludzkiego świata jako bardzo złożonych i skomplikowanych systemów. Szybko zorientujemy się, że nasz szczypiorek na parapecie potrzebuje nie tylko światła i wody… a może okaże się, że do mieszkania w ogóle dociera bardzo mało dziennego światła?

Często potrzeby roślin i zwierząt (zwłaszcza udomowionych) są odzwierciedleniem naszych własnych potrzeb. Rośliny potrzebują wody, ale nie za dużo, ani nie za mało; światła, ale niezbyt intensywnego; okresów odpoczynku po intensywnej aktywności. My też! Zwierzęta potrzebują ruchu, towarzystwa, ale i przestrzeni, świeżego powietrza, interesującego otoczenia, ale i pewnej dozy rutyny… tak jak my. Jeśli więdną, chorują, sprawiają rozmaite problemy – to być może brakuje im czegoś, czego brakuje i nam. Natura nigdy nie oddziela roślin od zwierząt, a „inwazje” chwastów czy szkodników często okazują się jej strategią ratunkową – np. gwałtownym zwiększeniem materii organicznej na jakimś terenie.

„Przyroda składa i rozkłada, rozpuszcza i odnawia, wielokrotnie wykorzystując ten sam materiał, nie pozostawiając wysypisk śmieci ani toksycznych odpadów. W przyrodzie nie ma śmieci. Wszystko stanowi pożywienie dla czegoś innego, jest połączone, na śmierć i życie, z wieloma innymi gatunkami.”

Toby Hemenway, Ogród Gai

Nie jest łatwo troszczyć się o ludzi. Nawet zasady projektowania permakulturowego realizują oni bardzo różnie – widać to choćby po wyborze opcji omniworyzmu, wegetarianizmu czy weganizmu nie ze względu na to, która z nich jest najlepsza w danych okolicznościach, tylko z przyczyn ideologicznych. Każda z tych grup może mieć żal do pozostałych – wszyscy byliby jednak o wiele bardziej skuteczni, bezpieczni i szczęśliwi współpracując ze sobą.

„Jednym z głównych motywów taoizmu jest nauka o przemianach. Mówi ona, że w kosmosie nie ma nic statycznego, że wszystko jest w ciągłym ruchu. Jeśli coś wydaje nam się stałe, to dzieje się tak dlatego, że proces powstawania lub rozpadu jest tak powolny, iż nie jesteśmy w stanie go spostrzec. […] Przyroda nie »myśli« w kategorii lat, lecz tysiącleci.”

Barbara Temelie, Odżywianie według Pięciu Przemian

Jeśli zdecydujemy się działać we współpracy z naturą, a nie przeciw niej, to okaże się że możemy jej pomóc zregenerować środowisko w którym żyjemy nawet szybciej, niż zrobiłaby to sama. Warto pamiętać, że w interakcji z naturą nie jesteśmy tymi, którzy wymyślają reguły gry. W książce „Istota Permakultury” Davida Holmgrena jest dwanaście zasad, którymi się kierujemy:

1. Obserwuj i współdziałaj
2. Łap i magazynuj energię
3. Uzyskaj plon
4. Stosuj samoregulację i akceptuj informację zwrotną
5. Stosuj i ceń surowce i usługi odnawialne
6. Nie produkuj odpadów
7. Projektuj od wzorców do detali
8. Łącz, zamiast rozdzielać
9. Preferuj małe i powolne rozwiązania
10. Stosuj i ceń różnorodność
11. Korzystaj z krawędzi i ceń granice
12. Kreatywnie stosuj zmiany i reaguj na nie

Inną powszechną zasadą jest stosowanie pięciu stref – od pierwszej, w której działamy najintensywniej (i mamy ją najbliżej), po piątą, którą pozostawiamy naturze i służy nam tylko do obserwacji. Warto o nich pamiętać, nawet jeśli nie projektujemy samowystarczalnego siedliska. To dzięki strefom możemy z biegiem czasu zaobserwować, jak szybko zwiększa się bioróżnorodność w danej okolicy.

Wielu ludzi zniechęca się tym, że po początkowym zachwycie równowagą i skutecznością dojrzałych systemów permakulturowych odkrywają, jak wiele nauki i pracy wymaga stworzenie ich. W mieście czy na wsi, albo gdzieś pomiędzy – permakultura nie jest dla tych, którzy nie lubią się zmęczyć i pobrudzić ;) ale nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi…

Ten tekst, to moje notatki do spotkania, które odbędzie się za dwa tygodnie (21.02) w Macondo na Pomorskiej 19, o godzinie 18:00. Do zobaczenia!

P.S. Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że kobiety już to wszystko wiedziały dawno i robiły lepiej – jak twierdzi moja ulubiona wojująca feministka, Vandana Shiva:

„Systemy rolne ukształtowane przez kobiety mają kilka kluczowych cech. Uprawy są na małą skalę. Zasoby naturalne – ziemia, woda, bioróżnorodność – są chronione i odnawiane. Prawie nie polegają na paliwach kopalnych i chemii […]. Dodatki potrzebne do produkcji takie jak nawozy są produkowane na miejscu z kompostu, obornika, lub roślin wiążących azot. Różnorodność i integracja są kluczowe a wartości odżywcze są priorytetem. Małe gospodarstwa prowadzone przez kobiety maksymalizują wartości odżywcze na danym obszarze, jednocześnie oszczędzając zasoby.”

Vandana Shiva, Staying Alive. Women, Ecology, and Development

View this post on Instagram

Weekend Hashtag Project: #WHPnaturalbeauty Our planet is a timeless source of discovery, wonder and inspiration. This weekend, let’s celebrate Earth’s beauty. Here are a few tips to get you started: Spend time in a majestic landscape. Mountains, beaches, plains, forests — our land is diverse and grand, and it would take lifetimes to experience it all. How much can you capture within the frame of one photograph or video? Look for action and movement within the larger scene. Focus on the smaller details. Our planet may be vast, but there are millions of tiny, beautiful moments playing out in front of us every day: a blooming flower pushing through the cracks in the sidewalk, a trickle of water feeding a small pool in the forest or a tree swaying gently in the breeze. Keep an eye out for how nature weaves its way into man-made scenes. City and country alike have their own elements of natural beauty. PROJECT RULES: Please add the #WHPnaturalbeauty hashtag only to photos and videos taken over this weekend and only submit your own visuals to the project. If you include music in your video submissions, please only use music to which you own the rights. Any tagged photo or video taken over the weekend is eligible to be featured next week. Featured photo by @livingitrural

A post shared by Instagram (@instagram) on

1968, 2016

Zauważyliście coś? Otóż, w 1968 zniesiono Kodeks Haysa, który cenzurował sceny i tematy w filmach amerykańskich, zabraniając na przykład ukazywania homoseksualizmu (zwłaszcza w pozytywnym świetle), oraz różnych innych wówczas niemoralnych zachowań. W 2016 zaś, powstał w przemyśle rozrywkowym nowy zawód: intimacy coordinator, ktoś kto zajmuje się zapewnianiem dobrej komunikacji i komfortu psychicznego wszystkim zainteresowanym osobom, które biorą udział w scenach intymnych w filmach, teatrze, serialach itp. W tak zwanych cywilizowanych krajach był to bezpośredni skutek ogólnoświatowej akcji #MeToo.

W obu przypadkach można pod tym kątem patrzeć na produkcje filmowe i telewizyjne „przed i po”; lub też przyglądać się aferom takim, jak ta z dyrektorem Teatru Bagatela oskarżanym przez swoje pracownice o molestowanie. Mam nadzieję, że już powstają na ten temat jakieś ciekawe prace dyplomowe, w naukach społecznych i nie tylko.

W kuchni, zgodnie z porą roku – mięso. To Li Ziqi, moja ulubiona kulinarna influencerka (wciąż nie wierzę, że to naprawdę Chiny):

Portret kobiety w ogniu (2019)

To ten film, na który waliły dzikie tłumy podczas festiwalu Nowe Horyzonty. Dlatego obiecywałam sobie, że jak już uda mi się go zobaczyć, to poświęcę mu osobny artykuł. Tylko dzisiaj był grany siedem razy w trzech kinach, więc na pewno każdy miał szansę… i bardzo dobrze, bo powinni znać go wszyscy. Nie tylko ze względu na piękno (jakoś tak jest, że wszystkie filmy z malarstwem jako głównym wątkiem są bardzo piękne, ale ta estetyka jest dość mocno ujednolicona), nie tylko ze względu na odwagę i poetyckość, ale też dlatego, że mądrze opowiada o ważnych rzeczach.

Heloise, córka bogatej francuskiej szlachcianki, wraca z zakonu po śmierci swojej starszej siostry, która spadła z klifu. Towarzysząca jej wtedy pokojówka podejrzewa samobójstwo, z powodu niechęci do wyjścia za mąż za bogatego kawalera z Mediolanu; którym to małżeństwem matka pragnie ubarwić życie nie tylko córki, ale i swoje. Niedoszła zakonnica ma podzielić los starszej siostry; najpierw jednak potrzebny jest portret, który zostanie wysłany kandydatowi na męża, żeby mógł zdecydować, czy wybranka mu się podoba.

Ta nieco perwersyjna fabuła jest tłem dla rozwijającego się romansu Heloisy i wyemancypowanej malarki Marianne. One same kojarzą swój los z mitem o Orfeuszu i Eurydyce. Na kilka dni zostają tylko z młodszą od nich pokojówką, która okazuje się być w niechcianej ciąży… ze spokojem i akceptacją pomagają dziewczynie ją usunąć. Nie pomaga jednak bieganie do upadłego po plaży, picie naparu z ziół i wiszenie na rękach pod sufitem… udają się więc do starej zielarki, która sprawnie usuwa ciążę, kładąc dziewczynę na łóżku, na którym bawi się dwoje małych dzieci…

W filmie niemal w ogóle nie pojawiają się mężczyźni. Drugi plan jest tak oszczędny, że momentami przypomina teatr telewizji (jeden z recenzentów nazwał Celine Sciamma, reżyserkę i autorkę scenariusza, „francuską minimalistką”). Jednocześnie stwarza miłe wrażenie bliskości, autentyczności i – mimo kostiumów – naturalności bohaterek. Noémie Merlant (Marianne) i Adèle Haenel (Héloïse) czasem wyglądają jak współczesne dziewczyny, które bawią się w film kostiumowy… co jest bardzo miłe. Wyobrażam sobie, że film Dzikie Noce z Emily (2018) może mieć podobny klimat, niestety wciąż nie udało mi się go zobaczyć.

Z instagrama Celine Sciamma:

View this post on Instagram

🔥♥️🙏🏻

A post shared by 🔥🖼Celine S🖼🔥 (@celine_sciamma) on