No Nonsense

Flora Eerschay nieco się zmienia z rokiem dwa tysiące dwudziestym, odzwierciedlając łagodny zakręt w twórczości kompletnie nieznanej artystki. Jeden z moich zeszłorocznych tekstów ukazał się w gazetce wrocławskiej kawiarni Macondo, pt. „Sto Stron Samotności”. Choć bardzo mnie to cieszy, to nie zgadzam się na publikowanie kolejnych materiałów bez autoryzacji.  Tekst, który się ukazał w gazetce, to ten: „Trochę o życiu, trochę o śmierci… i o pasterce Lauren M.”. Na pewno będę wracać do tematu etycznego omniworyzmu i nie zawsze etycznego postępowania organizacji „prozwierzęcych”, choć mam nadzieję, że tych ostatnich sytuacji już nie będzie.

W związku z przysłowiowym końcem świata, który nastąpił – po ostatnich pożarach chyba możemy się co do tego zgodzić – na pewno będę przybliżać czytelnikom ideę realnej permakultury, ale także znajdować w jej kontekście miejsce dla kultury w ogóle, nauki i sztuki. Myślę, że „permanentna kultura” to szczególnie moja działka. Mój wcześniejszy kierunek tęczowo-feministyczny jest oczywiście częścią tej kompozycji, więc wcale z niego nie rezygnuję. Spodziewamy się zresztą bardzo ciekawych wydarzeń w tej dziedzinie.

Zapowiadają się wyjątkowe czasy! Tytuł tego wpisu – „no nonsense” – staje się chwytliwym hasłem. Szukam jego polskiego odzwierciedlenia. Tłumacz Google podpowiada: „rozsądny”! Podoba mi się, że jest w tym trochę brzmienia angielskiego wyrażenia, ale zanika rytm oryginału.

Wracam do pilnych zadań, które dziś odrywają mnie od większych porządków w szafie Flory, i pozostawiam zwyczajową korespondencję z niezawodnym panem redaktorem:

Dzień dobry!
Ja w dzieciństwie robiłam „zupę dla pająków”: napluć do dziury w chodniku i powtykać w to różne rzeczy znalezione dookoła. Nie sądzę, żeby pająkom smakowało, ale to był chyba mój pierwszy autorski przepis. 
Sama nie jadłam nic; chociaż spotkałam niedawno panią, która znała mnie w tych zamierzchłych czasach i twierdzi, że zdarzało mi się zjeść bułeczkę z dżemem. 
Tymczasem ostrzę noże i myślę sobie, że „tuszka” to bardzo ładne słowo. Językoznawcy podobno uważają, że najładniejsze polskie słowo to „filiżanka”. Polemizowałabym!
Pozdrawiam znad ostrzałki
Flora

Na zdjęciu w tle moje wrzeciona tybetańskie, które nie mogą się doczekać wiosennej strzyży!

1968, 2016

Zauważyliście coś? Otóż, w 1968 zniesiono Kodeks Haysa, który cenzurował sceny i tematy w filmach amerykańskich, zabraniając na przykład ukazywania homoseksualizmu (zwłaszcza w pozytywnym świetle), oraz różnych innych wówczas niemoralnych zachowań. W 2016 zaś, powstał w przemyśle rozrywkowym nowy zawód: intimacy coordinator, ktoś kto zajmuje się zapewnianiem dobrej komunikacji i komfortu psychicznego wszystkim zainteresowanym osobom, które biorą udział w scenach intymnych w filmach, teatrze, serialach itp. W tak zwanych cywilizowanych krajach był to bezpośredni skutek ogólnoświatowej akcji #MeToo.

W obu przypadkach można pod tym kątem patrzeć na produkcje filmowe i telewizyjne „przed i po”; lub też przyglądać się aferom takim, jak ta z dyrektorem Teatru Bagatela oskarżanym przez swoje pracownice o molestowanie. Mam nadzieję, że już powstają na ten temat jakieś ciekawe prace dyplomowe, w naukach społecznych i nie tylko.

A w kuchni, zgodnie z porą roku – mięso:

Witam ponownie!

Co do tego, czy produkcja roślinna jest bardziej humanitarna, odpowiem: to zależy! Temat jednak zbyt rozległy, by go tu naprędce rozwinąć.

Mam za to inny wątek do poruszenia. Otóż zdarza się, że ta czy inna moja koleżanka jest przy nadziei. Wiele z nich – ekologicznie bardzo uświadomionych, są nawet wegetarianki i weganki. Zwyczajowo namawiam je więc, że gdyby poród odbył się „bez chemii”, to czy nie byłoby w duchu zero waste przyrządzenie łożyska, np. tak jak wątróbkę?
Koleżanki jednak tylko bledną.

Pozdrawiam makiawelicznie
Flora

A to Li Ziqi, moja ulubiona kulinarna influencerka (wciąż nie wierzę, że to naprawdę Chiny):

Portret kobiety w ogniu (2019)

To ten film, na który waliły dzikie tłumy podczas festiwalu Nowe Horyzonty. Dlatego obiecywałam sobie, że jak już uda mi się go zobaczyć, to poświęcę mu osobny artykuł. Tylko dzisiaj był grany siedem razy w trzech kinach, więc na pewno każdy miał szansę… i bardzo dobrze, bo powinni znać go wszyscy. Nie tylko ze względu na piękno (jakoś tak jest, że wszystkie filmy z malarstwem jako głównym wątkiem są bardzo piękne, ale ta estetyka jest dość mocno ujednolicona), nie tylko ze względu na odwagę i poetyckość, ale też dlatego, że mądrze opowiada o ważnych rzeczach.

Heloise, córka bogatej francuskiej szlachcianki, wraca z zakonu po śmierci swojej starszej siostry, która spadła z klifu. Towarzysząca jej wtedy pokojówka podejrzewa samobójstwo, z powodu niechęci do wyjścia za mąż za bogatego kawalera z Mediolanu; którym to małżeństwem matka pragnie ubarwić życie nie tylko córki, ale i swoje. Niedoszła zakonnica ma podzielić los starszej siostry; najpierw jednak potrzebny jest portret, który zostanie wysłany kandydatowi na męża, żeby mógł zdecydować, czy wybranka mu się podoba.

Ta nieco perwersyjna fabuła jest tłem dla rozwijającego się romansu Heloisy i wyemancypowanej malarki Marianne. One same kojarzą swój los z mitem o Orfeuszu i Eurydyce. Na kilka dni zostają tylko z młodszą od nich pokojówką, która okazuje się być w niechcianej ciąży… ze spokojem i akceptacją pomagają dziewczynie ją usunąć. Nie pomaga jednak bieganie do upadłego po plaży, picie naparu z ziół i wiszenie na rękach pod sufitem… udają się więc do starej zielarki, która sprawnie usuwa ciążę, kładąc dziewczynę na łóżku, na którym bawi się dwoje małych dzieci…

W filmie niemal w ogóle nie pojawiają się mężczyźni. Drugi plan jest tak oszczędny, że momentami przypomina teatr telewizji (jeden z recenzentów nazwał Celine Sciamma, reżyserkę i autorkę scenariusza, „francuską minimalistką”). Jednocześnie stwarza miłe wrażenie bliskości, autentyczności i – mimo kostiumów – naturalności bohaterek. Noémie Merlant (Marianne) i Adèle Haenel (Héloïse) czasem wyglądają jak współczesne dziewczyny, które bawią się w film kostiumowy… co jest bardzo miłe. Wyobrażam sobie, że film Dzikie Noce z Emily (2018) może mieć podobny klimat, niestety wciąż nie udało mi się go zobaczyć.

No to korespondencja z pociągającym redaktorem:

A gdzie się pan tak urządził?
Mieszkałam kiedyś z jedną Ewą, która na przeziębienie gotowała imbir i słodziła to miodem. Ja zgodzę się z przedmówcami, że tłusty rosół (ze szczęśliwej kury, która nawet się nie zorientowała, co ją hukło) i korzystać z okazji, że można bezkarnie jeść czosnek. Garściami!
Tymczasem pękam z dumy, bo w zeszłą sobotę, na wielkim rodzinnym obiedzie, dowiedziałam się, że mam w rodzinie rolników z certyfikatem PL-EKO! Do jedzenia była pyszna kaczka, krem z dyni na ostro, tort bezowy, tatar (uwielbiam), niestety dla wegetarian głównie ziemniaki. A ja jestem semiwegetarianką! To tacy co jedzą mięso, ale raczej rzadko.
Tu można poczytać, jakie wymagania muszą spełnić rolnicy ubiegający się o certyfikat PL-EKO: „Rolnictwo ekologiczne w pigułce”.
Z instagrama Celine Sciamma:

View this post on Instagram

🔥♥️🙏🏻

A post shared by 🔥🖼Celine S🖼🔥 (@celine_sciamma) on

Szkic jesienny

Przyszła większość z jesiennej listy książek, które chciałam zdobyć; jeśli się nazbiera wystarczająco dużo, to moje świąteczne prezenty będą jak zwykle książkowe. Zazwyczaj jednak nie rozdaję książek, których nie przeczytałam, dlatego zakupy robię z odpowiednim wyprzedzeniem… no i zawsze są takie, z którymi nie zamierzam się rozstać nigdy. Albo bardzo długo.

Po pierwsze, przyszła trylogia Virginii Despentes, pt. Vernon Subutex. Używana, a poprzedni właściciel zapakował książki w karton po farbach w sprayu ręcznie pakowanych w Barcelonie… jakoś pasuje mi to do tej pisarki, o której wspominałam redagując artykuł o erotyce w sztuce na Wikipedii.

Razem z nią przyszły pamiętniki Anne Lister, pod redakcją Heleny Whitbread. Te chciałam przeczytać od kiedy pojawił się pierwszy sezon serialu Gentleman Jack. Drugi sezon jest już zapowiedziany, może pojawi się jesienią?

Kolejne książki też są za sprawą serialu; całe lato oglądałam Rodzinę Durrellów, z Keeley Hawes w roli pani Durrell, wdowy która postanawia wraz z czworgiem swoich dzieci zamieszkać na greckiej wyspie Korfu. Serial powstał na podstawie wspomnień najmłodszego syna, Geralda, przyrodnika trochę a’la David Attenborough. Ale to najstarszy syn, Lawrence, był pisarzem (i dyplomatą). Jego tetralogia pt. The Alexandria Quartet o mało nie dostała nagrody Nobla. Wraz z nią przybyła do mnie inna powieść tego autora: Prospero’s Cell.

Ostatnia  książka jest z nieco innej beczki: Raising Animals for Fiber autorstwa Chris McLaughlin. Ma to związek z moją niesłabnącą pasją do zwierzaczków, ekologii, oraz takich górnolotnych idei jak permakultura i samowystarczalność żywieniowa. Przy okazji polecam permakulturową „klasykę” w wersji polskiej, do pobrania za darmo: Istota Permakultury (pdf). Natomiast Raising Animals for Fiber to książka o hodowli zwierząt na wełnę. Autorka hodowała króliki, zanim zainteresowała się przędzeniem i wełną. Książka jest o owcach, alpakach, kozach i królikach angorskich. Nie ma nic o jedwabnikach… (ani o przędzeniu sierści psów, kotów czy innych mniej typowych zwierząt). Z grubsza opisuje ważniejsze aspekty hodowli – zdrowie, żywienie, różne wymagania i tak dalej. Właściwości wełny oczywiście też. I cechy charakteru: owce nieco wycofane, kozy ciekawskie i bardziej jak psy, alpaki trochę jak koty, króliki – przyjazne… książka raczej dla „małych hodowców” albo hobbystów, nie o masowej produkcji. Autorka napisała też książkę o farbowaniu barwnikami roślinnymi, nie przetłumaczoną na polski na razie.

No to czas na korespondencję około-kulinarną:

Zrobiło się deszczowo, zaparzam właśnie kawusię i marzę o wolnej chwili, żeby upiec ciasto według przepisu mojej cioci. Jest w nim osiem jajek, dużo masła, orzechów, glutenu i kalorii. Ostatnio połączyłam te wątki z przepisem mojej babci, na ciasto z kaszki manny. Było pyszne!
W ogródku dojrzewa jedyna tykwa i sporo dyń, rozochociła się też bazylia, chociaż kupiłam ją z litości, bo była w promocji i dogorywała. Tymczasem zarosła pół rabatki pod dyniami i kwitnie jak szalona. Ktoś z sąsiadów-pszczelarzy ma miód bazyliowy!
Wiedzę kulinarną czerpię oczywiście też z internetu; na przykład ostatnio dowiedziałam się, że liście morwy i rokitnika są bardzo zdrowe i można z nich robić napary. Już ususzyłam na zimę. 
Odkryłam też, że dawno temu w Polsce hodowano jedwabniki! W takim Ciechocinku sadzono morwy gdzie się da. Kokony tych jedwabników się następnie gotuje, żeby z nich odwinąć nitkę, a ugotowane wewnątrz larwy są podobno potrawą w kuchni azjatyckiej. 
W przyszłym roku chyba spróbuję, aczkolwiek nie wiem, czy ugotowaną larwę bym zjadła… może lepiej dam psu ;)
Pozdrawiam z chłodnawej introligatorni (gdzie mam teraz nowego, uroczego asystenta).

Wyznania miłosne (eros i agape), oraz inne też

Być może nie wszyscy wiedzą, ale kompletnie nieznana artystka od mniej więcej połowy lipca jest poetką. Przyczyną tego zwrotu na drodze artystycznej nie jest żadna Muza (jeśli nie liczyć siedmiu aktorek z pięciu krajów, i im podobnych), ani nie żadne natchnienie, tylko zwykła życiowa konieczność – konkursów na książkę artystyczną jest za mało. Cóż, konkursy to sól życia artystów; potrzebne są albo żeby w nich startować, albo żeby je olewać i robić swoje. Jedno i drugie potrafi być równie budujące i owocne, niezależnie od wyników (co do których zawsze ktoś będzie miał pretensje, ma się rozumieć).

Kompletnie nieznana artystka czasem potrzebuje terminu i regulaminu; wtedy startuje. Potem znów ich nie potrzebuje ani trochę – wtedy rzuca konkursy w jasną cholerę. Tym razem doczekała się wyróżnienia; toteż w tle zamieszczam pamiątkowe zdjęcie kompletnie nieznanej artystki wśród przedstawicieli świata kultury i sztuki. Upublicznię też jeden z konkursowych wierszy, który został przez autorkę odczytany osobiście (mimo że tysiąckrotnie wolałaby odczytać czyjś inny wiersz, a do własnego – upolować jakąś aktorkę; liczyła jednak, że wyróżnionych nie czytają… no i się przeliczyła, bo główny laureat się spóźnił).

Sayonara
Jest za późno kiedy pytam, czy przyjdzie
Należy do niej najpiękniejszy odcień szarego błękitu
Którym się otacza, bo nie ma go w sobie
Jakże wymownie
Psychologowie są bezradni

Można podejrzewać, że wiersz ten zainspirowany jest czwartą aktorką z piątej książki o Safonie; bo artystka była jedyną poetką, której temat „poezja ludyczna” nie skojarzył się z festynem, tylko ze starożytną saficką liryką, a co za tym idzie – z jej własnym dziełem na ten temat. Należy tym samym odnotować, że jest to pierwsze w historii nawiązanie artystki do Safoksiążek, od czasu zakończenia tego projektu. Czwarta aktorka z piątej książki może nie przypomniałaby się artystce, gdyby nie to, że zagrała niedawno w filmie, o którym napisałam też tu: pt. Tajemnice Morza Sargassowego. Badacze językowej palety kolorów mogą przypuszczać, że skojarzenia chromatyczne wywodzą się właśnie z tego filmu.

Tyle teorii artystyczno-literackiej… a teraz, jak zwykle, korespondencja z weekendowym redaktorem kulinarnym (który w sobotę filozofował o parówkach, a w niedzielę – o dziejach łakomstwa i obżarstwa. Muszę koniecznie zakupić książkę Adrianny E. Stawskiej na ten temat):

A ja właśnie zjadłam parówkę na śniadanie!

Na stacji, bo jestem w trasie!
Nie pisałam wczoraj, bo wiozłam uroczą pasażerkę z bardzo długimi nogami, więc nie mogłabym się na Panu należycie skupić (i jeszcze na drodze). Dziś pasażerki już nie ma, więc znów Pana kocham.
A obżarstwem nie grzeszę, wręcz przeciwnie – całe życie mam niedowagę, oprócz czasu kiedy mieszkałam w Grecji. Tam obiadokolacje trwały przynajmniej 5 godzin i ważyłam całe 52 kilo!

Szerokości!

Flora zza kierownicy