Na żywo

Stała się rzecz nietypowa: komplenie nieznana artystka została wyróżniona w konkursie na poezję ludyczną, chociaż nie jest ani poetką (jak dotąd), ani ludyczną. Nie mogła jednak znaleźć konkursu na książkę artystyczną, więc to było najbliżej. Z kolei intymistyka była najbliżej ludyczności… tak jej się przynajmniej wydawało. Może zatem będzie można spotkać ją na żywo na drugim końcu Polski (patrząc stąd). Nie jest to pewne niestety, bo nie wiadomo czy będzie miała za co wrócić (tak to z nieznanymi artystkami bywa). Tymczasem pan redaktor nie mógł być na żywo w ostatnią sobotę, w czym zorientowali się wszyscy oprócz mnie; dlatego korespondowałam jak gdyby nigdy nic:

U mnie narosło tyle warzyw, że człowiek cały dzień może zajmować się niemal wyłącznie zbieraniem, przetwarzaniem i zjadaniem! Szczególnie jeśli lubi jeść godzinami, tak jak ja (styl śródziemnomorski). Szczęśliwe mięso co prawda mam w zasięgu, ale rzadko chce mi się po nie chodzić; bo nie ma go w sklepie, tylko trzeba się zorientować w kwestii dostawy tego czy innego zwierzaka niemal prosto z zielonej łąki. 
Natomiast zwierzęta moje – domowe i dzikie – co to niby powinny być mięsożerne, zajadają się owocami. Pies mój pochłania gruszki (jeśli osy się z nim podzielą), a kuna zjadła mirabelki i czereśnie sąsiadów, a teraz czeka, aż dojrzeje czeremcha. A myślałam, że kuny jedzą tylko myszy, watę szklaną i kable samochodowe!
Reklamy

„Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?” (i kanapki)

Nadrabiam Marię Janion, wstyd się przyznać, dopiero teraz. Zawsze wydawała mi się nudną specjalistką od romantyków, skrytą niczym Jodie Foster. Tymczasem nic z tych rzeczy! Okazuje się o wiele bardziej radykalna, niż myślałam. O, na przykład, o władzy kapłanów:

„Kapłani bowiem należą do epoki, kiedy istniała „wiedza dla wtajemniczonych”. Demokracja, wychodząc z założenia, że rozum jest „równo podzielony”, przez ogólną edukację zmierza do odtajnienia wiedzy.”

Cóż, z tym równym podziałem rozumu nie bardzo wyszło jak dotąd; i to mimo znacznego odtajnienia wiedzy dzięki internetom. Przynajmniej nieco łatwiej dobrać się do „wiedzy dla wtajemniczonych”, niż można było kiedyś… tylko żeby się jeszcze (niektórym) chciało chcieć.

Wiele jest oczywiście wątków feministycznych, o sztuce, kulturze, poezji, kryzysie romantyzmu, popkulturze i tak dalej, ale chyba moim ulubionym wątkiem w tej książce są przemyślenia o nieprzejrzystości bytu. Dotykają trochę tego, o czym pisałam w kwestii Lauren i jej kozy Parsley. Obecnie ci, co się przejmują skutkami zmiany klimatu i widząc na horyzoncie powolny „koniec świata” zamieniają mięso na awokado i przestają myć uszy, zmierzają jakby do „hiperpoprawności”; że jak zamienię słomkę z plastiku na słomkę ze słomy to już będzie dobrze, koniec świata odwołany. Jest zresztą mnóstwo współczesnych przejawów donkiszoterii, od tęczowych po brunatne. Tymczasem Maria Janion pisze:

„Ale być może to jest naprawdę ontologicznym nieszczęściem człowieka: nie to, że jest skażony przez grzech pierworodny, tylko to, że byt jest nieprzejrzysty. […] Bo charakterystyczne, że bohater tragiczny poznaje los w momencie, gdy pada martwy, dopiero w ostatnim momencie zrozumiał: A! to było to!”

Na co odpowiada jej Zbigniew Benedyktowicz:

„Gdy Pani mówi o ironii tragicznej, światopoglądzie tragicznym, a wcześniej w swoich studiach, w kolejnych etapach pokazywała świadomość tragiczności egzystencji ludzkiej, to przecież w tym jest mocna kontra i sprzeciw nie tylko wobec idei hurtowych, ale także wobec ogólnej wizji człowieka hedonistycznego w kulturze masowej, sprzeciw wobec człowieka masowego, który mówi, że te nieszczęścia wymyślają intelektualiści i nieszczęśliwi ludzie.

Maria Janion: Świetnie Pan trafia, też chciałam o tym mówić. Bo tak jest rzeczywiście. Bo to, co my chcemy ludziom „wmawiać” za pomocą kultury wysokiej, to jest świadomość istnienia. Mówimy: będziesz świadomie przeżywał swoje istnienie, a na to słyszymy: „A po co mi to? Ja nie chcę świadomie przeżywać. […] Chcę sobie żyć w pozorach i odurzeniu telewizją.” Pragnie nie odróżniać fikcji od rzeczywistości.”

Cóż, pani Maria o nieprzejrzystości bytu, a ja i pan redaktor – o kanapkach:

Skończyło mi się ostatnio smarowidło na kanapki i pomyślałam, że to bez sensu chodzić po takowe do sklepu, jak się ma w ogrodzie różne rzeczy. To było zaraz po tym, jak moja mama odkryła, że świeżego ogórka można zblanszować na patelni. Zmiksowałam więc, co było: ogórki, liście buraka, cebulkę, i to wszystko na patelnię. Do tego przyprawy, mąkę pszenną i konopną, i było ładne, zielone, ale rzadkie. Dorzuciłam więc parę ziaren czarnego ryżu… które owszem, zagęściły, ale i zafarbowały na czarno! Mimo to było pyszne i wyglądało jak rasowe ze sklepu (chociaż w sklepie nie widziałam czarnych smarowideł na kanapki). 
Rośnie też całe stado meloników! Wszystkie z nasion tych, które wyhodowałam w zeszłym roku, więc mam nadzieję że też będą takie słodkie.

Tak naprawdę nie pamiętam, co dokładnie zmiksowałam do czarnego smarowidła, ale już muszę robić nowe, bo tamtego dawno nie ma… a nowe rzeczy w ogrodzie urosły.

Nowe Horyzonty 2019: cztery filmy

 …i piąty, na który nie wpuścili. Na oko niewiele je łączy, ale jak je teraz wspominam, to wszystkie zdają się pasować do mojego ąturażu. W kolejności oglądania:

Obywatel Jones

Nowy film Agnieszki Holland, w którym główną rolę – walijskiego dziennikarza informującego świat o wielkim głodzie w latach 1932-1933 na Ukrainie – zagrał James Norton, znany m.in. z serialu Happy Valley (Sally Wainwright). Mam wrażenie, że w serialu zagrał lepiej, niż u Agnieszki Holland; co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Sally Wainwright jest naprawdę dobra w psychologię (i dramaturgię). Ciekawą postać stworzyła też Vanessa Kirby, świetna jako księżniczka Małgorzata w serialu The Crown. Jak napisał o Jonesie Radek Wiśniewski na facebookowej stronie Laboratorium Empatii:

„Gareth Jones chciał ruszyć na Ukrainę już w 1932 roku, jednak po pierwsze był zajęty przez cały rok asystowaniem w spisywaniu wspomnień wojennych swojego patrona, a po drugie dramatyczne wydarzenia w styczniu i lutym 1933 roku Niemczech, gdzie Hitler przejmował właśnie władzę, spowodowały, że musiał nieco zmienić plany. Wyjechał do Niemiec, widział moment zaprzysiężenia Adolfa Hitlera na kanclerza Niemiec, leciał z nim nawet jednym samolotem, przeprowadził z nim wywiad jako jeden z pierwszych dziennikarzy. Wcześniej czytał „Mein Kampf”, nie miał najmniejszych złudzeń co do planów Hitlera i istoty zdarzeń, których był świadkiem.”

Że temat ważny i moment odpowiedni, można się przekonać czytając choćby artykuł Wacława Radziwinowicza w lipcowej Wyborczej, pt.: „Zimna wojna w skwarze globalnej odwilży„. Cytat:

„Ocean Arktyczny jest miejscem, w którym ostatecznie mogą się rozstrzygnąć losy ludzkości. Nieprzypadkowo nad tymi wodami bardzo często dochodzi do incydentów z rosyjskimi samolotami wojskowymi. […] A głęboko pod skutą lodem powierzchnią w wąwozach na dnie oceanu stale czyhają amerykańskie i rosyjskie atomowe okręty podwodne uzbrojone w rakiety balistyczne.”

Film piękny, chociaż mroczny i smutny. Miejmy nadzieję, że historia się nie powtórzy, nawet jeśli arktyczne znaki wskazują co innego…

Varda według Agnès

Drugi film, to dokument na temat zmarłej w tym roku francuskiej artystki, który wyreżyserowała… ona sama. Częściowo złożony z nagranych spotkań z nią. Wiele z nich przypomina wykłady na temat sztuki filmowej. Są fragmenty jej najlepszych i ulubionych filmów (z których najchętniej zobaczyłabym „Cleo od piątej do siódmej”, z roku 1962), tematy które podejmowała (jak zalegające na francuskich polach ziemniaki, odrzucone z powodu nieodpowiednich kształtów – na przykład serca), instalacje i działania performatywne (pewnego dnia Agnès Varda przyłączyła się do manifestacji, z hasłem „wszystko mnie boli”; nawiązując do rysunku Jean-Jacques’a Sempé). Na jednym ze spotkań z młodymi ludźmi, mówiąc o walce o prawa kobiet, wolność od religii i prawo do własnego ciała, wzruszająco skomentowała tamte czasy: „dla was to wydaje się prehistoria, ale wtedy naprawdę o to walczyliśmy”…

Tajemnice Morza Sargassowego

Na ten film dostałam się dopiero za drugim razem. Co ciekawe (albo raczej dziwne), większość widowni wyszła po filmie, nie czekając na spotkanie z reżyserem; które, jak podejrzewam, było jedną z atrakcji przyciągających takie tłumy. Fakt, że nie zapalono światła gdy film się skończył (dopiero po napisach), przez co czekanie się przedłużało, a publiczność nowohoryzontowa ma przecież pierdyliard filmów do obejrzenia.

Film chciałam zobaczyć dlatego, że grała w nim Youla Boudali, która wystąpiła kiedyś w efemerycznym dziele kompletnie nieznanej artystki. Ryzykując wszystko i nie mając z tego nic; jak to bywa, kiedy ktoś się wplącze między nieznanych artystów i ich kuriozalne idee. Youla Boudali jest też współautorką scenariusza „Tajemnic Morza Sargassowego”; i to nie pierwszy raz, kiedy reżyser Syllas Tzoumerkas (reklamowany jako przedstawiciel „greckiej nowej fali”) w ten sposób z nią współpracował.

Film opowiada o mieszkańcach małego portowego miasteczka, powiązanych skomplikowaną siecią wzajemnych zależności, szantaży i oszustw, z której nikt nie potrafi się uwolnić. Jak powiedział reżyser, chciał by już na początku postaci wyglądały, jakby zrezygnowały z walki o siebie. Jest w nim sporo przemocy, fizycznej i psychicznej; jeden z widzów wręcz opierniczył reżysera, za to że zrobił tak brutalny film. Zaraz jednak inna kinomanka odezwała się w obronie filmu, że jest w tym autentyczność, a w tej autentyczności – piękno. Jest to zresztą cecha wspólna wszelkich dramatycznych wydarzeń, które dzieją się w Grecji… zawsze są skąpane w jasnym błękicie i lekko kiczowatej urodzie tego miejsca.

Portret kobiety w ogniu

To ten, na który nie wpuścili. Może dlatego, że o filmie napisali w gazecie, że absolutnie wyjątkowy. Może dlatego, że już nagrodzony w Cannes. Może dlatego, że czasem nie da się wytłumaczyć aż takich tłumów na festiwalu Nowe Horyzonty… tym bardziej, że ten film grano na festiwalu cztery razy. Cóż, pozostaje odnotować, że film Céline Sciamma trzeba zobaczyć i mam nadzieję, że przynajmniej przez chwilę będzie w kinach.

Czekanie w kolejce nie było jednak całkiem bezowocne; od pani za mną dowiedziałam się, że ogromnie jej się podobał debiut pewnej marokańskiej reżyserki. Pani była w Maroku dwa razy, oczywiście było pięknie, ale w filmie można zobaczyć jeszcze głębszy i bardziej intymny obraz tego miejsca, które jest tłem dla pięknie opowiedzianej historii kilku osób… i tak trafiłam na mój ostatni nowohoryzontowy film:

Adam

Na tym filmie publiczność zaskoczyła mnie po raz kolejny, bo… zjawiła się nielicznie. Czy dlatego, że to już niedziela i wszyscy zmęczeni? Czy może rekomendacja pani z kolejki mniej warta, niż oficjalne recenzje, nawet jeśli pani aż pojaśniała, opowiadając o tym filmie? Nie wiem, ale osobiście przyznałabym Adamowi nagrodę za „najpiękniejszy film, którego nikt nie zauważył”.

Historia dzieje się między samotną matką ośmioletniej dziewczynki, utrzymującą się z piekarni prowadzonej na parterze własnego domu, ciężarną dziewczyną, która pewnego dnia zjawia się pod jej drzwiami, oraz nieśmiałym acz nachalnym amantem, który próbuje zdobyć serce tej pierwszej – bezskutecznie. Właściwie każdy kadr z tego filmu można by wydrukować, oprawić w ramkę i powiesić na ścianie jak obraz – a jednocześnie nie jest to film popadający w ilustracyjny samozachwyt. Maryam Touzani świetnie posługuje się czasem, który nagle wyhamowuje, gdy Samia rodzi dziecko i kilka godzin, w czasie których decyduje, co zrobić dalej, trwa niebywale długo (w proporcji do reszty filmu).

Bohaterem drugoplanowym jest rziza – marokański przysmak, którego przygotowanie przypomina przędzenie długiej nici z ciasta. Niestety, to pewnie jeden z tych filmów, których już nigdy nigdzie nie będzie można zobaczyć. No to proszę, chociaż tyle:

Rośliny, filmy i fermentacja

Mam wizję: kiedyś w miastach w ogóle nie będą mieszkać ludzie, tylko same roboty. Będą robiły to, co lubią najbardziej: przeliczanie czegoś, wysyłanie, odbieranie, jakieś tam statystyki. Czasem jedno miasto robotów zbombarduje drugie miasto robotów, a trzecie je odbuduje, ale nikt nie będzie płakał, bo to tylko trochę złomu. Ludzie będą mieszkać na wsiach, gdzie będą mieli ogródki takie jak mój (tylko większe i będą mogli mieć alpaki, króliki, kucyki i kozy angorskie). Miasta-roboty będą tych ludzi chroniły, mniej więcej tak jak my teraz chronimy różne puszcze i rezerwaty (tylko lepiej), chociaż nie będą wiedziały dokładnie po co; tak jak my w głębi duszy nie do końca wiemy, po co chronić jakieś różne żyjątka, co ich nawet nigdy w życiu nie spotkamy, ale wiemy że tak trzeba. Miasta-roboty też będą wiedziały, bo tak będą zaprogramowane.

Startuję ostatnio w licznych konkursach literackich, bo mam wrażenie że mi to lepiej idzie, niż konkursy plastyczne (tzn. nie odrzucają mnie od razu). Powód jest dość praktyczny: narobić własnych tekstów, żeby mieć do książek i artystycznych dzieł. Z tego samego powodu piszę niniejszego bloga. Sprawdza się to na razie. Można powiedzieć, że stosuję zasady permakultury do twórczości artystycznej: na przykład tę, że każdy „zasób” (tu: teksty) powinien pochodzić z trzech różnych źródeł (przynajmniej). Pierwsze, to teksty istniejące (lub odgrzebane, jak poezja Safony), drugie, to różni znajomi (znam niepokojącą ilość poetów), a trzecie – to ja.

Postanowiłam też nie lekceważyć Nowych Horyzontów, chociaż niesamowicie frustują mnie tłumy hipsterów, walka o bilety, stanie godzinami w kolejkach i ogólny szum, który, mam wrażenie, jest trochę sztucznie wygenerowany (za pomocą chaosu). Ale mam nauczkę po zeszłorocznych Dzikich Nocach z Emily, że jak się nie pójdzie na film który grają raz w roku na Nowych Horyzontach, to się go prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy. No i jest to bądź co bądź osiągnięcie, ten tłum, nawet jeśli sztucznie wygenerowany; kultura nasza leży i kwiczy, teatr jest zjawiskiem specjalnej troski, a ludzie chodzo.

Jestem jednak delikatna, więc muszę podchodzić ostrożnie, żeby później nie wieszać psów na instytucjach. Po pierwsze: nie czytam oficjalnych zaleceń, chyba że wyjątkowo. Nie idę tylko dlatego, że każą iść. Nie kupuję hurtowo i nie rezerwuję na wszelki wypadek. Natomiast jeśli coś mi służy, to reklamuję bezwstydnie i nawet na wyrost. Czymś takim jest Filmweb, portal niedoskonały i nierzadko bardziej usiany błędami, niż Wikipedia, ale jednak robi robotę. Mianowicie pozwala śledzić, co robią ludzie, którzy mi się kiedyś spodobali robiąc coś innego (w kategorii film). Szczególnie w przypadku reżyserów, bo gazety zazwyczaj rozmawiają z aktorami, jakby nie wiedząc, kto nimi powoduje, kto w nich przebiera i kto za ich pomocą coś opowiada.

No i dobrze. O Nowych Horyzontach wypowiem się jutro, bo został mi jeszcze jeden film do obejrzenia. A teraz korespondencja o drożdżach (a w tle cukinia i pomidorozaur – po dwóch latach koktajlowych miniaturek rosną mi jakieś mutanty):

A co pan tak fermentuje od rana? Wymieniałam się kiedyś nasionami z miłośnikiem warzenia piwa, ale ilość szczepów drożdżowych mnie onieśmieliła. Sama hodowałam kombuczę; do zielonej albo czarnej słodkiej herbaty wrzuca się kolonię drożdży i bakterii i one przerabiają herbatę na gazowany napój. Kolonia mieszka w warstwie celulozy, która powstaje na wierzchu i przypomina naleśnik albo kożuch. Można ten kożuch potem wysuszyć i robić z niego artystyczne dzieła!
Dzięki kombuczy poznałam też przystojną panią z Instytutu Biochemii Technicznej, która powiedziała, że kożuch się fachowo nazywa: bionanoceluloza. Robi się z niej na przykład opatrunki na oparzenia, bo nie przywiera do rany. 
Tymczasem w ogrodzie szaleją: burak liściowy (wciąż), melony, dynie, pomidory, tykwy, cukinie, poziomki, dzikie róże, ogórki, gruszki, mirabelki, jagody goji, oraz kwiaty łąkowe.

Sprawy egzystencjalne

Dziś upublicznię korespondencję na bieżąco, bez opóźnień! A tam: ciągnę temat jedzenia i kochania tych samych istot. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że z listu Lauren M. wynika jeszcze jedno; jej koza przeznaczona do garnka miała imię, co nieczęste. Zazwyczaj hodowcy takich zwierząt radzą, żeby im imion nie nadawać, bo wtedy będzie łatwiej…

Dzień dobry, 
ja powracam z opowiastką! Zdarzyło się daleko w Ameryce, w gospodarstwie pewnej pani, trochę podobnej do mnie ale posiadającej więcej ziemi. Z tej przyczyny owa pani hoduje kozy, które czasem zjada. W moim rondlu bardzo rzadko jest mięso, bo chciałabym żeby pochodziło tylko od zwierząt, które miały nie więcej niż jeden zły dzień w życiu. 
Znam takie gospodarstwa, ale jest ich niewiele.
Wracając do dalekiej Ameryki – pani hodująca kozy pewnego dnia postanowiła jedną z nich wrzucić do rondla. Gdy dowiedzieli się o tym rozwścieczeni weganie, zażądali oddania im kozy (do koziego sanktuarium, utrzymującego się z datków). 
Pani odmówiła, więc została obsmarowana w mediach społecznościowych, a kozę… ukradziono jej następnego dnia. 
Napisała potem poruszający list, stwierdzając m.in., że „to, czego ci ludzie wydają się nie pojmować, to że mogę kochać zwierzę i jednocześnie zadać mu śmierć”. 
No właśnie, można tak, czy nie można? Przypominają mi się np. właściciele domowych pupili, które cierpią katusze, nierzadko mimo sugestii weterynarza, że już czas… ale właściciele nie potrafią się z nimi rozstać. 

 

A co do przetworów – robię tylko kompoty „na teraz”, bo nie umiem pasteryzować :(
Pozdrawiam
Flora
Na zdjęciu w tle dramatyczny wyścig na szczyt między wilcem a tykwą, który odbywa się na specjalnie w tym celu wybudowanej przeze mnie konstrukcji. Początkowo przypominała ołtarz satanistów, ale jak ścigacze zakwitną, to będzie się raczej nadawać dla wyznawców kultu niewidzialnego różowego jednorożca…