Ekologia dla wszystkożerców

Czyli: jak być eko, jedząc mięso? Postanowiłam potraktować temat z innej strony, jako że działania na rzecz ochrony przyrody i klimatu zazwyczaj kojarzą się z byciem jednocześnie na diecie bezmięsnej. Wyjątkiem jest dieta paleo, również coraz modniejsza wśród ekoaktywistów – polega ona na jedzeniu tego, co było dostępne ludziom w czasie paleolitu (epoki kamienia łupanego). Wydaje się ona pasować także tym miłośnikom permakultury, którym bliżej do „zielonego surwiwalu”.

Różnorodność na pewno jest wielka, dlatego tutaj nie będę rozstrzygać co jest lepsze dla natury, środowiska, zwierząt, zdrowia – każdy te odpowiedzi znajduje na swój sposób. Napiszę o moich wnioskach i wyborach.

Przede wszystkim: lokalnie

Na pewno staram się unikać żywności przywożonej z drugiego końca świata. Najtrudniej było zrezygnować z bananów, bo chyba wszyscy jesteśmy już bardzo przyzwyczajeni do ich dostępności przez cały rok. Świeże truskawki i szparagi w środku zimy to zjawisko o wiele nowsze. Tak naprawdę, w dużych miastach dostępność produktów sezonowych i egzotycznych o każdej porze roku jest tylko kwestią ceny.

W większości klimatów, w których obecnie żyją ludzie, są warunki do tego, żeby zapewnić lokalnie wytworzoną żywność cały czas. Oczywiście w każdym z tych miejsc będzie ona inna, ale jednak istnieje. Czy turystyka też nie byłaby znacznie ciekawsza, gdyby w każdym regionie można było jeść to, co faktycznie tam rośnie?

Po drugie: polubić rolnictwo ekologiczne

Nie bez powodu rolnictwo ekologiczne właśnie tak się nazywa. Dodatkowe wymogi i nakazy, jakim polegają gospodarstwa z takim certyfikatem, służą właśnie temu, by nie miały one negatywnego wpływu na środowisko (a może nawet miały pozytywny). W odniesieniu do produkcji zwierzęcej jego dodatkową zaletą są wyższe wymogi w zakresie dobrostanu zwierząt. Z jednej strony zapobiega to rozprzestrzenianiu się wśród nich chorób, a z drugiej – zbliża nas do ideału jedzenia zwierząt, które miały „nie więcej niż jeden zły dzień w życiu”…

Owszem, produkty certyfikowane są droższe, a mięso z takiego źródła kosztuje jeszcze więcej. Nie każdego stać na kupowanie tak całej żywności, zwłaszcza że w Polsce wciąż takich gospodarstw jest dość mało. Jeśli więc trzeba wybierać, to warto by było to chociaż mięso i produkty zwierzęce.

A co, jeśli idziemy do restauracji?

Tam zazwyczaj nie wiemy, z jakich źródeł pochodzi żywność, możemy tylko ocenić jakość potraw i smak. Powstało na świecie kilka restauracji, które w pobliżu mają swoje własne gospodarstwo i z niego czerpią całą żywność, jaką serwują. Na razie jednak są raczej ciekawostką.

W restauracji staram się wybierać dania z produktów, o których wiem, że można je wyprodukować lokalnie albo łatwo przechowywać. Oprócz tego, coraz częściej pojawiają się jadłodajnie, które chwalą się że ich żywność pochodzi z etycznych, lokalnych źródeł, co bardzo cieszy.

Danie bezmięsne wybieram tylko wtedy, gdy jakość danej knajpy w ogóle pozostawia wiele do życzenia (chociaż wtedy może lepiej zrezygnować całkiem…), albo gdy zamiast prawdziwego mięsa serwowano by syntetyczne wynalazki – uważam, że laboratoria powinny zajmować się naprawdę poważnymi sprawami, jak leczenie rzadkich, czy skomplikowanych chorób, a nie hodowaniem czy produkowaniem jedzenia i suplementów diety.

Małe stada, rasy rodzime

Jak można się dowiedzieć choćby w grupie o zwierzętach w permakulturze, pełnią one wiele ważnych ról w ekosystemach stworzonych przez ludzi. Oprócz bycia źródłem żywności i innych produktów, są także żywymi kosiarkami, producentami nawozu, zapobiegaczami pożarom, stróżami, budowniczymi (od kaczek i świń uszczelniających zbiorniki wodne, po kozy i owce utrzymujące w porządku „strefy ognia”).

Zwierzęta gospodarskie robią to wszystko, bo są łącznikiem pomiędzy ich dzikimi odpowiednikami, a naszą cywilizacją. Większość wykonywanych przez nie prac to tak naprawdę ekspresja wrodzonych, instynktownych zachowań. Kura grzebie pazurem dlatego, że jest kurą, a świnia tworzy błotniste bajorko, bo jest świnią.

Niestety, z nastaniem przemysłowej hodowli nastawionej wyłącznie na szybką produkcję, wyhodowano rasy i odmiany zwierząt które nie tylko zatraciły te naturalne instynkty, ale też jakąkolwiek samodzielność. Nie radzą sobie nawet we względnie kontrolowanym i bezpiecznym środowisku ogrodzonego pastwiska, czy łąki.

Dlatego warto swoimi wyborami wspierać hodowców ras rodzimych i lokalnych odmian. Zazwyczaj rosną one i dojrzewają dłużej i wolniej, ale są o wiele bardziej pożyteczne dla środowiska i są po prostu szczęśliwszymi istotami. Przy okazji, dzięki ich obecności zwiększa się także ilość, jakość i różnorodność produkcji roślinnej w danym miejscu – a więc naszych lokalnych warzyw i owoców też. Przy odpowiednim zaprojektowaniu siedlisk, obecność zwierząt może także pomóc w zapobieganiu suszom i powodziom.

A czym karmić nasze pupile?

Gospodarze i rolnicy dobierają zwierzęta i rośliny, które będą hodować, do swoich lokalnych warunków (a przynajmniej dobrze by było). Nie zawsze da się to odzwierciedlić w miastach, w których najpopularniejsze są psy i koty – dla nich raczej nie wyhodujemy sami jedzenia, zresztą dla chomika czy kanarka też raczej nie. Możemy jednak zastanowić się,  jakie będą potrzeby naszego zwierzaka: jaka ściółka będzie dla niego najzdrowsza i jaki wpływ na środowisko ma wyprodukowanie jej? Czy odchody będą nadawały się na kompostownik? Czy miejsce, w którym zwierzę mieszka będzie wymagało stałego podłączenia do prądu – np. grzałek i filtrów? Ogromne znaczenie ma też ilość zwierząt, zupełnie tak samo jak w gospodarstwie, gdzie dla małego stada wystarczy trawy i siana, ale gdy będzie za duże, to łąka czy ogród szybko zamieni się w klepisko. Jednocześnie zwierząt stadnych nie można trzymać samotnie, ale czasem wystarczy kilka sztuk, by były szczęśliwe.

Jestem przekonana, że posiadanie zwierząt i hodowanie własnej żywności może mieć bardzo pozytywne skutki. Jeśli sami będziemy mieli zjeść miętę czy szczypiorek, które urosły nam na parapecie, to dobrze zastanowimy się, czym je podlewamy. Zwierzę domowe też może być elementem ekosystemu spełniającym kilka różnych funkcji – np. nie tylko zapewniać nam towarzystwo, ale też zasilać ogrodowy kompostownik. Wiele małych zwierząt jest jeszcze bardziej wrażliwych na pozostałości sztucznych nawozów i środków ochrony roślin w paszy i ściółce, więc mogą „uwrażliwić” na to też swoich właścicieli – choćby rachunkami za weterynarza… Z drugiej strony, opieka nad nimi to odpowiedzialność, którą trzeba brać pod uwagę. Jeśli ktoś nie ma możliwości, by taką opiekę wziąć na siebie, może poszukać kontaktu z naturą w okolicznym krajobrazie; permakulturowe i ekologiczne gospodarstwa często chętnie zapraszają do siebie wolontariuszy, którzy dzięki temu jeszcze lepiej mogą dowiedzieć się, jak powstaje ich żywność.

Decydując się na niemal wyłącznie produkty lokalne i naturalne początkowo miałam obawy, że nie będzie to zbyt zróżnicowana dieta. Tymczasem, jak dotąd okazuje się, że chyba nigdy nie miałam żywności tak smacznej, świeżej i różnorodnej.

Linki i źródła:

Zwierzęta w permakulturze

Patrząc na zwierzęta gospodarskie można by pomyśleć, że nasi przodkowie, którzy je kiedyś udomowili, mieli permakulturę w małym paluszku. Każde z nich spełnia nawet więcej niż trzy różne funkcje, a do tego ich obecność służy jednocześnie nam – ludziom (np. zapewniając pożywienie) i przyrodzie, choćby pobudzając rośliny do wzrostu. W dodatku ich rozmaite rasy i odmiany są przystosowane do najróżniejszych lokalnych potrzeb: dobrego znoszenia bardzo niskich lub wysokich temperatur, wykorzystywania takiego czy innego pożywienia, albo odpowiedniego temperamentu.

Sprawa nieco się skomplikowała, gdy z jednej strony gwałtownie rozwinęło się rolnictwo przemysłowe, a z drugiej – wzrosła popularność trzymania zwierząt dla czystej przyjemności. W masowych hodowlach zwierzęta które są bardziej niezależne, wolno rosną, różnią się od siebie, zaczęły sprawiać kłopot, gdy trzeba dostarczyć na sklepowe półki produkty spełniające określone normy i standardy. Pojawiło się zapotrzebowanie na zwierzęta które przede wszystkim szybko rosną i produkują dużo. Niestety zazwyczaj są one zdane na sztucznie podtrzymywane warunki życia i po wypuszczeniu na przysłowiowe „zielone łąki” zupełnie sobie nie radzą, chorują i giną.

Z kolei zwierzęta towarzyszące człowiekowi spełniają tylko jedną funkcję: po prostu są. Ale nie tak jak wróble za oknem czy jeże na trawniku. Mają ładnie wyglądać i… nie przeszkadzać w szczęśliwym, rodzinnym życiu. Problem pojawia się wtedy, gdy taka futerkowa lub pierzasta (albo pokryta łuskami) „paprotka” zaczyna sprawiać kłopot; na przykład staje się apatyczna, dostaje na coś alergii, albo, o zgrozo, ugryzie dziecko.

Kilka lat temu Zofia Mrzewińska (współzałożycielka Stowarzyszenia Cywilnych Zespołów Ratowniczych z Psami STORAT, honorowa członkini Małopolskiej Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej, wykładowczyni na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie, autorka poradników o psach i miłośniczka owczarków niemieckich oraz belgijskich) napisała poruszający artykuł, pod tytułem „Przekleństwo psa rodzinnego”. Zaczęła go mocnymi słowami:

Gdyby psy umiały życzyć komukolwiek wszystkiego najgorszego, to życzenie „obyś był rodzinnym psem” mogłoby często być wyszczekiwane.

Jak to? Te wszystkie moknące na deszczu owczarki pilnujące stad, biegające po gruzowiskach psy ratunkowe, nurkujące w lodowatej wodzie nowofunlandy miałyby być szczęśliwsze niż Fafik, który całe dnie spędza na wygodnej kanapie?

Zofia Mrzewińska wspomina pierwszą modę: na dalmatyńczyki i cocker spaniele, która wybuchła zaraz po filmach Disneya. Z tymi bajkami wiąże się inne zjawisko kulturowe, które nosi nazwę „efekt Bambi”. Pod ich wpływem zaczęliśmy sobie wyobrażać, że dzika przyroda zawsze jest taka śliczna i pełna uroku, dobre zwierzęta mają wielkie błyszczące oczy i długie rzęsy, a złe – ostre kły i groźne spojrzenia, ale ostatecznie wszystko zawsze dobrze się kończy. Zaczęliśmy oczekiwać od zwierząt, żeby były zawsze łagodne dla dzieci, spokojne i wesołe, nigdy nie przeszkadzały i niczego nie niszczyły. Podobne wyobrażenia przeciągnęły się także na zieloną część natury: trawniki miały być zawsze równe, zielone i bez chwastów, róże pachnące i bez kolców, żywopłoty proste i najlepiej nie wymagające przycinania. Wydawało się, że całą brzydotę świata udało się gdzieś schować i posprzątać.

Jednak pojawiły się rysy na tym wyidealizowanym obrazie. „Rodzinne psy” zaczęły gryźć i tarzać się w padlinie (Jak to? Myszka Miki zdycha i zamienia się w śmierdzącą padlinę?), w sklepowym kurczaku wykryto hormony i antybiotyki, a w kaszy gryczanej – glifosat. Precyzyjnie „wyrandapowany” trawnik usechł, gdy zabrakło wody, a delikatne ozdobne kwiaty okazały się wciąż na coś chorować i marnieć przy każdej zmianie pogody. No i ciągle trzeba truć te wstrętne ślimaki, mrówki i krety…

Jak pisze Zofia Mrzewińska:

W programach szkolnych nie ma ani jednej lekcji na temat zachowań udomowionych od dziesiątków tysięcy lat zwierząt, z którymi każdy z nas spotyka się na co dzień.

Na szczęście nie wszystkie stare rasy zwierząt gospodarskich, ani nie wszystkie „linie pracujące” rozmaitych psich ras całkowicie wyginęły. Szczególnie teraz, w czasie pandemii, coraz więcej ludzi rozgląda się wokół siebie i zaczyna myśleć choćby o minimalnej samodzielności – na przykład piekąc swój pierwszy w życiu chleb.

Większym zainteresowaniem cieszy się też permakultura, co jest na pewno ogromnie pozytywnym zjawiskiem. Warto jednak, stawiając pierwsze kroki, nie oczekiwać zbyt wiele; „pracujmy z tym, co mamy” – choćby nawiązując kontakt z okolicznymi hodowcami, czy kupując lokalne warzywa i owoce, zamiast tych przywożonych samolotami z dalekich krajów.

Jest nowa grupa na Facebooku: Zwierzęta w permakulturze. Chociaż zawsze są one elementem złożonego systemu, to być może przyda się takie miejsce, by omówić tematy specyficzne dla nich, jak choćby żywienie, hodowla, pomieszczenia, by przysłowiowy „kurzy traktor” (pewnie najpopularniejsze, oprócz spirali ziołowej i podwyższonej rabatki, rozwiązanie permakulturowe) był dla swoich mieszkańców domem, a nie więzieniem. Mam nadzieję, że grupa będzie przyjazna zarówno dla jedzących mięso, jaki dla wegetarian, wegan i wszystkich innych wyborów czy stylów życia.

Bill Mollison we „Wprowadzeniu do permakultury” napisał:

„W położonej w Tasmanii rybackiej wiosce Stanley, w której się wychowałem, wszystko, co było nam potrzebne do życia, wytwarzaliśmy sami. Sami szyliśmy sobie buty, sami wykonywaliśmy metalowe narzędzia. Łowiliśmy też ryby, uprawialiśmy rośliny jadalne i piekliśmy chleb. Nie znałem nikogo, kto wykonywałby wyłącznie jedno zajęcie, ani zajęcia, które mógłbym określić jako czyjś fach. Każdy z mieszkańców zajmował się wieloma rzeczami po trochu.

Do 28 roku życia, żyjąc w czymś w rodzaju snu, większość swojego czasu spędzałem albo w buszu, albo na morzu, polując, łowiąc ryby i zbierając owoce – dla przyjemności i zarobku. W latach pięćdziesiątych dostrzegłem, że duża część systemu, w którym żyłem, zaczyna znikać. Zasoby rybne gwałtownie malały, a przy brzegach mocno przerzedzały się morskie wodorosty. Zaczęły obumierać duże połacie lasów. Wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo zżyłem się z tymi krajobrazami – i że przepełnia mnie miłość do ojczystej ziemi.”

Autor zwraca tu uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz: rdzenne społeczności należą do najbardziej narażonych na negatywne skutki globalnych zmian klimatu. Wśród wielu organizacji, które niosą im pomoc, ta jest najbardziej interesująca w kontekście zwierząt: Heifer International. Jej działalność rozpoczął w 1944 roku Dan West, po zakończeniu hiszpańskiej wojny domowej. W duchu idei „dawania wędki, a nie ryby” przekazywał lokalnym społecznościom nasiona i młode zwierzęta, wraz z wiedzą o tym, jak je hodować by zabezpieczyć się przed głodem. Dziś możemy zrobić o wiele więcej: łagodzić skutki zmian klimatu, chronić bioróżnorodność, dbać o dostęp do czystej wody, czy odchodzić od paliw kopalnych na rzecz energii odnawialnej.

 

View this post on Instagram

A meat eater messaged me yesterday saying he struggled with the slaughter of animals as part of the act. Mark Twain once said, “The difference between the almost right word and the right word is really a large matter—it's the difference between the lightning bug and the lightning.” Slaughtered. Butchered. Harvested. Ah, much softer. A lady in a gingham dress with a wicker basket cradling thick cut steaks wrapped in crisp white butcher paper. Harvest is nice.⁣⁣ ⁣⁣ By federal law, livestock can only be killed in one of 4 ways: captive bolt, gunshot, electric stunning, carbon monoxide. Captive bolt or gunshot is the most common for ruminants. But activists like to tell consumers that livestock are tortured, abused, and hung upside down to have their throats slit. Slaughtered. ⁣⁣ ⁣⁣ Our entertainment industry embraces film and video games where people are slaughtered in painful and violent ways by the thousands and consumers suck it down in 12-hour sittings. Why is this so widely embraced while a humane death for our food is abhorrent? ⁣⁣ ⁣⁣ Perhaps something about holding that steak in our hands, the vibrant crimson, connective tissue, fat, bone. All things that we, too, are made of. Perhaps it’s the subconscious recognizing that one day it will be our body in someone else’s hands as they prepare it for burial, cremation, or whatever you chose.⁣⁣ ⁣⁣ With all the obesity, cancer, heart disease, and diet-related illness in this world most of us won’t be as lucky as the steer who receives a quiet, instantaneous, painless death. We cringe and turn away from this but don’t think twice about the slaughter-by-poor-diet that kills millions of us slowly and painfully. ⁣⁣ ⁣⁣ I wish we embraced the death that put meat on our plate, the blood, the bone, the muscle, and the fat as a reflection of our own mortality. Because it’s not really death that we fear but rather the idea that we weren’t good at living while we had the chance. Suddenly, the question becomes less about the rightness of choosing that animal’s death and more about the far greater responsibility of choosing what life he’ll get. ⁣⁣

A post shared by Lauren Stine (@whitehoofacres) on

 

Kolorowanie

Skoro wełna już wyprana i uprzędzona, to czas ją pokolorować. To moje pierwsze próby z farbowaniem włóczki i postawiłam na same eksperymenty. Większość się udała! Najpierw trzeba wełnę odtłuścić (czyli wyprać jeszcze raz w płynie do mycia naczyń), później zanurzyć w kwaśnej wodzie (z octem lub kwaskiem cytrynowym), dorzucić to, co ma ją zafarbować i powoli gotować – ja zwykle dwie, trzy godziny. Później ostudzić, wypłukać i suszyć! Trzeba uważać, żeby przy tym wszystkim nie marnować wody, bo zużywa się jej dosyć dużo. Na szczęście, jeśli składniki są przyjazne środowisku, można tej wody później użyć do sprzątania, czy podlania kompostownika.

Oto moja wełniana paleta kolorów:

mech-ocet
mech i ocet jabłkowy
czerwonacebula
czerwona cebula
pomarancza-kurkuma
pomarańcza i kurkuma
koramorwy
kora morwy
nadrutach-dzikaroza-pomarancza
na drutach: owoc dzikiej róży i skórka z pomarańczy
jalowiec-czerwonaherbata
jałowiec i czerwona herbata
irga-berberys-mandarynka
irga, berberys (owoce) i skórka z mandarynki
sok-zkiszonejkapusty
sok z kiszonej kapusty
burak-kurdybanek-jasnota
burak, bluszczyk kurdybanek i jasnota purpurowa

Świat na kwarantannie

Najskuteczniejszy ekoterrorysta świata, Covid-19, postawił sprawę jasno: wszyscy siedzieć na d… w domu, koniec z lataniem bez sensu po świecie, powyłączać wszystko czego absolutnie nie potrzebujecie. Niestety rykoszetem dostało się kulturze, której potrzebujemy; ale na razie jakoś radzi sobie zdalnie. Tymczasem niebo się przejaśnia nad umęczonymi smogiem miastami przemysłowymi, a w weneckich kanałach zaczyna być widać rybki.

Wielu ludzi potraktowało poważnie zalecenie, że najlepsze co mogą zrobić to siedzieć w domu i nie zawracać głowy innym, którzy próbują opanować sytuację, wynaleźć lek, szczepionkę, dostarczyć gdzie trzeba to, co jest w tej chwili naprawdę potrzebne. Okazało się też, jak bardzo jesteśmy wszyscy ze sobą powiązani; jak ten rolnik-filozof, rozdający swoje najlepsze nasiona najbliższym sąsiadom, by dzięki temu i jego plony były zdrowe i silne. Musimy zadbać o wszystkich, bo będziemy tylko tak zdrowi i bezpieczni, jak nasi sąsiedzi; a nawet ci, którzy żyją o wiele dalej.

Ci, którzy siedzą w domu, sprzątają, piją ciepłą herbatkę, doczytują książki, porządkują na szafach, telefonują do bliższych i dalszych znajomych i rodziny, wreszcie mając czas z nimi porozmawiać, może nawet sami coś ugotują, albo posieją coś jadalnego na wiosnę, zaczynają też zrzucać maski. Już nie można wstawić na fejsa wystylizowanych selfie z egzotycznej wycieczki; wycieczka odwołana. Nie można wrzucić wideo z koncertu, bo koncert odwołany. Nie można pochwalić się kolejnym osiągniętym czelendżem, bo większość zmieniła się w fakapy.

Dla wielu ludzi to ogromny stres. Nagle świat zmniejszył się do czterech ścian, albo jeszcze bardziej. Trudno wyobrazić sobie i zrozumieć każdą sytuację; dlatego ja staram się wiedzieć tylko to, co koniecznie potrzebne w najbliższych dniach. Jest to też sprawdzian z tego, czy umiemy weryfikować nadchodzące informacje. Poza tym jednak – zajmuję myśli innymi tematami. Okazało się, że najlepiej działają na mnie długoterminowe plany. Bo tak naprawdę i ta reakcja na pandemię jest naszą ogólnoludzką strategią na przyszłość – dzięki niej będziemy wiedzieli, jak poradzić sobie następnym razem. Szczepionka potrzebna jest nie tylko naszym układom immunologicznym, ale też myślom i planom.

Jednym z najbardziej uspokajających dla mnie filmów była relacja, którą pewna świeżo upieczona mama udostępniła swoim znajomym. Niedawno pochwaliła się że, jako singielka, adoptowała nowo narodzoną dziewczynkę. Jest to koniec bardzo długiej drogi, którą przeszła decydując się na adopcję. Kwarantanna zastała ją na urlopie macierzyńskim; okazało się, że w wielu odległych zakątkach świata siedzenie w domu i unikanie przeziębienia wygląda mniej więcej tak samo.

Znajoma ta zachęcała wszystkich do zadawania jakichkolwiek „wścibskich” pytań na temat adopcji, na jakie chcieliby usłyszeć odpowiedź. Było ich sporo, a ja teraz mam jeszcze więcej – i szukanie odpowiedzi na te pytania jest czymś, co być może warto zrobić właśnie teraz; w każdym razie dla mnie nie było i nie będzie lepszego momentu.

Na przykład: jakie instytucje zajmują się tymi procedurami? W Kanadzie, gdzie mieszka moja znajoma, są dwa systemy: publiczny i prywatny. W Polsce są rozmaite ośrodki adopcyjne, religijne czy świeckie, a do każdego z nich można osobno składać podanie. Jakie warunki trzeba spełnić? Zazwyczaj jest to stabilna sytuacja finansowa i/lub zawodowa, dobre zdrowie, niekaralność, warunki mieszkaniowe. Kto ma większą szansę? Tu jest podobnie w naszych krajach: małżeństwa zawsze będą „pierwsze w kolejce” przed singlami. Co nie znaczy, że my nie mamy szans w ogóle. Wiele małżeństw stara się najpierw o biologiczne dzieci, czasem próbują procedury in vitro; a czas leci… nie bez znaczenia jest też fakt, że oboje małżonków musi jednomyślnie się zgodzić, a różnica wieku między nimi a dzieckiem nie może być zbyt duża.

Poza formalnościami są jednak pytania innej natury: jak trudny jest sam proces weryfikacji? Jakie doświadczenia ma za sobą dziecko? Przecież wszystko, co sprawia że dziecko kwalifikuje się do adopcji, jest traumą dla tego dziecka. Nawet oddanie go tuż po porodzie jest dla niego w pewnym stopniu traumatyczne. A co, jeśli ojcem jest brutalny gwałciciel? Dla mnie taka myśl byłaby chyba trudniejsza do zniesienia, niż wiele innych przeciwności losu. Dalej: czy orientacja seksualna singla/singielki ma znaczenie, jeśli adoptuje jako osoba samotna? Jak przejść kwalifikację nie oczekując niczego, ale jednocześnie przygotowując się na to, że kiedyś zadzwoni telefon z informacją, że odpowiednie dziecko w potrzebie czeka właśnie na nas? A jak to wygląda w takim, na przykład, Meksyku, gdzie małżeństwa i adopcje są dozwolone dla par tej samej płci? Czy tam single niehetero są inaczej postrzegani w tym procesie?

Jednak największym zaskoczeniem dla mnie było chyba to, że udało się osobie ze świata kultury i sztuki; zazwyczaj artyści są uważani za zbyt niekonwencjonalnych, by byli wystarczająco stabilni i odpowiedzialni. To oczywiście też stereotyp. Okazuje się, że mamy też zalety… w przypadku mojej znajomej jest to fakt, że nie bała się dziecka o odmiennym pochodzeniu etnicznym. Myślę, że jej zawód – praca w teatrze, który objaśnia nam złożoność i różnorodność ludzkiego świata bardzo pomoże znaleźć odpowiedzi na nieuchronne pytania o tożsamość… których my, artyści, i tak zawsze szukamy.

Na zdjęciu w tle: pisanka którą zrobiłam w zeszłym roku, z tak zwaną mantrą współczujących Buddów… „om mani padme hum”.

Wełna owcza dla początkujących

Owce są dość popularnym zwierzęciem w mojej okolicy, jak również w siedliskach permakulturowych i w gospodarstwach ekologicznych. Zazwyczaj ich głównym zadaniem jest koszenie trawy i produkcja nawozu. Czasem służą do szkolenia psów pasterskich, ich mięso też cieszy się popularnością. Za to wełna – niekoniecznie.

Postanowiłam to zmienić i zaopiekować się odpadową wełną, której nie chcą prządki (bo brudna, bo gryzie, bo byle jak ostrzyżona), nie chcą jej ogrodnicy (jak to tak, wełna? na grządki? to się rozłoży?) i nie chcą jej owczarze, ale zwierzęta ostrzyc muszą.

Po wielu perypetiach doszłam do wniosku, że wełna owcza to genialny wynalazek. Wcale nie jest tak trudno sobie z nią poradzić. Może nie jest tak miękka jak alpaka, ani tak wytworna jak angora czy kaszmir, ale za to lokalna, ekologiczna i bardzo łatwa do przędzenia (spróbujcie uprząść len!). Oprócz tego grzeje nawet kiedy jest mokra (tylko wełniane czapki w deszcz!) i jest odporna na ogień (nie pochylajcie się w syntetycznym swetrze nad ogniskiem!).

Strzyżenie

Żeby jak najwięcej wełny się do czegoś nadawało, trzeba ją strzyc wtedy kiedy jest sucho, najpierw otrzepać zwierzę przynajmniej z największego brudu, i robić to w czystym miejscu. Najlepiej, żeby wełna była ostrzyżona jednym pociągnięciem (bez „poprawek”). Na grzbiecie i bokach jest najlepsza do przędzenia – warto oddzielić ją od razu. Na szyi i nogach jest zwykle za krótka, a pod brzuchem – zbyt brudna i posklejana. To jednak wcale nie odpad, bo świetnie będzie się nadawać do ogrodu.

Podczas noszenia, dzielenia i przekładania im mniej wełna się rusza, tym lepiej. Idealnie by było, gdyby wszystkie włosy pozostały ułożone równolegle do siebie, zwłaszcza, jeśli nie zamierzamy gręplować ;-)

Niewypraną wełnę przechowujemy możliwie krótko, w suchym i przewiewnym miejscu, w miarę możliwości nie ugniatając jej.

wagonik
Cały wagonik wełny…

Pranie

Podczas prania najważniejsze jest, żeby wełna się nie sfilcowała. Większy brud, jak kawałki słomy, traw, piasek, wytrzepuję i pakuję wełnę w siatki na pranie. Już nie będę jej z tych siatek wyjmować, aż do przędzenia.

Najpierw namaczam wełnę w ciepłej wodzie, bez żadnych dodatków. Woda powinna mieć temperaturę otoczenia, można ją podgrzać ale stopniowo. Jeśli chcemy zachować lanolinę (naturalny tłuszcz, tudzież pot owcy…), to pierzemy w letniej wodzie. Lanoliny i tak nie jest łatwo do końca się pozbyć, nawet jeśli pierzemy w gorącej wodzie i z płynem do mycia naczyń.

Pojemnik, w którym są siatki z wełną, napełniamy tak żeby mocny strumień nie leciał bezpośrednio na nią, bo ją pomiesza i sfilcuje. Najlepiej, jeśli wodę można wypuścić od spodu – na przykład piorąc w wannie, dużym zlewie, albo wiadrze z kranikiem (co zamierzam zrobić, podłączając kranik do systemu nawadniania kropelkowego w ogrodzie – zobaczymy, czy się uda).

Pierwsza woda jest zazwyczaj ciemno brązowa, mocno pachnie owcą, zawiera sporo błota, lanoliny i… nawozu ;-) więc można podlać nią ogródek, albo kompostownik!

Do kolejnego płukania dodaję jakiś środek piorący. Na razie testowałam płyn do mycia naczyń i rozpuszczone płatki mydlane. Zazwyczaj zostawiam wodę na dwie, trzy godziny, w ciepłym pomieszczeniu, żeby za szybko nie ostygła, i ewentualnie trochę poruszam wełnę, żeby rozpuściły się wszystkie zaklejki.

Jeśli wełna jest już bardziej czysta, niż brudna… to można dodać olejek eteryczny; na przykład trawę cytrynową, limonkę, albo co kto lubi (albo coś, czego nie lubią mole). I tak będzie pachnieć owcą i lanoliną, ale z delikatną nutą tego czegoś.

Suszenie

Najłatwiej suszyć na słońcu w ładną pogodę, ale jeśli jeszcze nie jest tak ciepło, to można ułożyć worki z wełną na zapiecku naszego permakulturowego pieca rakietowego ;-) …lub, jeśli ktoś nie ma, to na suszarce. Warto zwracać uwagę, czy wilgoć nie utrzymuje się w bardziej zbitych kłębkach wełny i ewentualnie je rozluźniać.

IMG_20200212_094630
Suszenie chmurek w siatkach na pranie

Przędzenie

Owszem, pomijam etap gręplowania, czyli rozczesywania wełny. Jest to chyba najbardziej czasochłonna czynność, chociaż to dzięki niej przędza będzie równa, miękka i pozbawiona resztek brudu, który nie wypadł wcześniej. Po prostu wyciągam pasmo z oderwanego kłębka wełny, a większość pozostałych kawałków trawy czy drobinek piasku wykrusza się.

Można nie pomijać gręplowania całkowicie i na przykład rozczesać tylko niektóre kawałki. To, co wypadnie, dorzucamy do wełny „odpadowej”, która trafi do ogrodu lub na kompostownik.

Wełna owcza jest świetną bazą do łączenia z, na przykład, chiengorą – czyli podszerstkiem psów długowłosych. Jeszcze nie próbowałam, ale podobno świetnie nadają się do tego takie rasy, jak samojed czy collie.

Na zdjęciu w tle baran rasy Shropshire, wł. Paweł Kołodziejczyk, a poniżej – galeria zdjęć Marzanny Wysockiej, która wypróbowała wełnę rasy Île-de-France od tego samego hodowcy. Ta wełna, w kolorze czarno – brązowym, była zgręplowana i przędzona na kołowrotku.

Co zrobić z wełny?

Obecnie rzadziej hoduje się owce z przeznaczeniem na wełnę, więc często jest ona zbyt gryząca, żeby nadawała się na ubrania; chociaż połączenie jej z czymś delikatniejszym, jak chiengora, może pomóc w tej sprawie. Niektóre rasy, tak zwane mięsno-wełniste, powinny mieć bardziej delikatną wełnę; może nawet taką, jak ta z nowozelandzkich czy australijskich merynosów, która jest uważana za najlepszą.

Z bardziej gryzącej wełny można zrobić na przykład koc, czy chustę. Moim chyba mniej typowym wynalazkiem była wełniana myjka na mydło w kostce.

Na kompostownik!

Z odpadową wełną jest dokładnie odwrotnie niż z tą, którą chcemy prząść – im brudniejsza i bardziej posklejana, tym lepsza i szybciej się rozłoży. Pewien szkocki rezerwat przyrody użył owczej wełny do wyłożenia nią ścieżek. Można użyć wełny jako jednej z warstw w rabatce, która dzięki temu lepiej zatrzyma wodę, a ślimakom nie będzie tak łatwo dostać się do roślin. Okoliczne ptaki na pewno skorzystają z okazji i szybko użyją naszej wełny do budowy swoich gniazd.

Na koniec kilka inspiracji – damska samowystarczalność po islandzku, z owcami w tle:

Niektórzy nadal wolą strzyc specjalnymi nożycami:

Nic się nie marnuje!

View this post on Instagram

We covered the lucious soil in this new raised bed with an extra large ram fleece for mulch. Kerry couldnt resist laying on it, haha. The bed is 4×8 feet – I am amazed this one fleece covered it. Wool makes such an excellent mulch. Light in weight, water filters through easily and as it weathers, it mats and felts and finally degrades. A perfect use for the trashy fleeces Kerry brings home as he shears for folks. Some people dont want the wool…Love it! The tires from our old tire garden are forming a temporary wind barrier on the north side of the space and, hopefully function as a radiant heat mass later as the nightime temps begin to drop. . . #homesweethomestead #inmygarden #raisedbed #mulchit #woolmulch #deserthomestead #desertgardening #permaculture #desertpermaculture #permaculturelifestyle #nowaste #makingdirt #livingsoil #inthegarden #raisingsheep #sheepfarmer #homegrown #growyourown #gardener #sustainable #selfreliance #hyerhomestead #hyerwools

A post shared by Hyer Wools – Kathleen (@hyerwools) on