Zobacz, jak zrobić najpyszniejsze ptasie mleczko na świecie!

…że tak poprzedrzeźniam tytuły clickbaitów. Tym razem to jednak prawda, z prostego powodu: tak zwane ptasie mleczko mi w ogóle nie smakuje, a to ciasto jest pyszne i zniknęło tak szybko, że nawet nie zdążyłam go sfotografować.

Przepis oczywiście „po babci”, z czasów kiedy jeszcze ludzie spożywali kalorie, bo może mieli gdzie i jak je spalić. Mnie z ogrodu wygonił smród topionego plastiku, albo czegoś w tym stylu… dlatego siadam i piszę.

Spód

To jedyna część tego ciasta, do której potrzebujemy piekarnika. Ubijamy 3 białka (na sztywno, ma się rozumieć), dodajemy 2 łyżki cukru, szczyptę proszku do pieczenia, 4 łyżki kakao i żółtka. Mieszamy delikatnie. Do piekarnika na 15 minut w 180°C.

Kaszka

3 szklanki mleka i 4 łyżki kaszki manny (małe szklanki, duże łyżki) gotować 15 minut (albo tyle ile jest napisane na opakowaniu), mieszając cały czas (serio), ostudzić.

Masa

20 dkg masła (ale może być trochę mniej, powiedzmy 15), 20 dkg cukru pudru, 3 łyżki śmietany (tej tłustej) utrzeć razem. Ostudzoną kaszkę dodawać po jednej łyżce do masy, dalej ucierając. Tu nie ma co się obijać – żadnych mikserów, najlepiej ucierać w makutrze, oglądając w tym czasie Killing Eve – jeden odcinek będzie akurat. Jak Killing Eve się skończy, wlewamy masę do formy w której czeka nasz upieczony spód i wkładamy do lodówki myśląc sobie, że następnym razem na pewno nie zapomnimy dodać bakalii…

Polewa

Ja i babcia zawsze byłyśmy ortodoksyjne w jednej kwestii: jakakolwiek inna polewa, niż ta właśnie, to paskudztwo którego nie warto nawet brać do ust. 4 łyżki cukru (albo dwie żeby była trochę gorzkawa), 3 łyżki kakao, 3 łyżki wody, 4 łyżki masła, wymieszać na patelni i gotować ok. 5 minut. Przestudzić, przełożyć na ciasto, włożyć do lodówki.

Najlepsze następnego dnia!

Reklamy

Pisanka z mantrą i murarka

Przypomnę, że kto chce usłyszeć mą korespondencję odczytaną w brawurowej interpretacji redaktora Gastrofazy w Antyradiu, no to niech jej słucha, zwłaszcza w sobotę.

Witam Szanownego Pana, którego świergolenia wypatruję co tydzień!
Niestety nie słyszałam co pan mówił na początku, bo moja ciocia przyniosła jajko i tłumaczyła mi, że mam je ładnie pomalować, bo farbowanie cebulą nie wyszło. Zasadniczo plan jest taki, że mamy się zbytnio nie spinać, ale być może wyjdzie jak zwykle. 
Oprócz ratowania pisanek i prasowania serwetek będę piekła ciasto z kaszki manny (znów przepis babci). Poza tym: wreszcie zobaczyłam pierwszą tegoroczną murarkę ogrodową! Wcale nie w ogrodzie, tylko w pracy, wleciała przez okno do introligatorni. Murarka to lewacka pszczoła, która nie ma królowej. Od zwykłej odróżnia ją rude futerko na zadku. 
Smacznego jajka i pędzę po pędzel… właściwie, jeśli to pisanka, to chyba powinnam na niej coś napisać…?

Faktycznie była to szybka akcja z tym jajkiem; i faktycznie uznałam, że napiszę, ale nie było specjalnie czasu pomyśleć, co. No to napisałam pierwsze, co mi przyszło do głowy: „om mani padme hum”. Mantra współczujących Buddów.  A więc moja pisanka oczyszcza z egoizmu, żądzy rozrywki (w granicach rozsądku, mam nadzieję), egoistycznego pożądania, uprzedzeń, chciwości i nienawiści! Wygląda tak:

IMG_20190420_104028_193

Co ciekawe, mantrę poznałam za pośrednictwem pewnego buddysty, z którym kiedyś mieliśmy zamiar synchronicznie dokonać apostazji… Na razie zwyczajnie nie mam na to czasu, więc moja apostazja przerodziła się w taki oto synkretyzm.

Przepis na ciasto z kaszki podam później, jak się upewnię, że go dobrze interpretuję (dawno nie wykonałam w ogóle żadnego ciasta, ale właśnie przypomniało mi się, że to lubię).

Na zdjęciu w tle zeszłoroczna murarka ogrodowa i berberys, który teraz jeszcze nie kwitnie.

Powielanie jako wędrówka

Te przemyślenia będą w niedalekiej przyszłości referatem kompletnie nieznanej artystki, który wygłosi na humanistycznej konferencji. Najpierw będzie musiała pozbierać niemożliwe skojarzenia i pogmatwane wielowątki, zdecydować się na jakąś konkretną drogę dla tej opowieści, a potem jeszcze złożyć to w poczytną całość. Przy wszelkiej pomyślności nastąpi to po wielu rozproszeniach, nagłych wypadkach, nowych pomysłach, drobnych przysługach i alternatywnych planach B, C, X, Y i Z (ostatni to założenie plantacji smoczych owoców w Arizonie). Kompletnie nieznana artystka nawet nie wie jak się za to zabrać (to znaczy za pisanie referatu, bo plantację mogłaby zakładać już), ale od czego ma Florę Eerschay, która może swobodnie lawirować w czasie i przestrzeni.

Dlatego jeśli ktoś lubi ład, porządek i sens, niech odczeka tydzień do następnej korespondencji ogrodniczo-kulinarnej. Jeśli zaś musi do czegoś dopić tę kawusię lub herbatkę, to proszę bardzo – niech czyta.

Ogólnie chodzi o książkę wytwarzaną powoli, z zastosowaniem technik, które są obecnie niemożliwe do zastosowania w regularnym wydawnictwie. Niby jest moda na slow life, mamy slow food – jedzenie przygotowywane powoli, mamy slow travel – podróżowanie z dostrzeganiem przysłowiowych kwiatków przy drodze, i tak dalej… ale jest to często sposób na relaks w wolne popołudnie, albo w czasie dwutygodniowego urlopu. Nieco bardziej poważnym potraktowaniem tematu jest idea permakultury, czyli dążenia do samowystarczalności, głównie żywieniowej. Ale nie każdy może sobie pozwolić.

Nie będę dyskutować czym książka artystyczna jest, a czym nie jest… książka, jaka jest, każdy widzi. Tym bardziej nie będę dyskutować o tym, jakie techniki i technologie mają (jeszcze) sens w procesie tworzenia książki, bo gdy mamy do czynienia z obiektami unikatowymi (tzn. powstającymi w ilości nie więcej niż kilku, kilkunastu egzemplarzy), to repertuar środków zmienia się diametralnie. Kto widział (lub czytał) „Imię róży”, ten wie że ręczne przepisywanie i ilustrowanie książek było kiedyś po prostu techniką powielania.

No to już nie jest. W dzisiejszych czasach techniką powielania (i niczym więcej, poza pewnymi wyjątkami) jest druk cyfrowy, oraz różne czytniki elektroniczne. Cała reszta: grafika, rysowanie i pisanie odręczne, wszystko inne co można sobie wyobrazić, to narzędzia pracy twórczej, dające pewien określony efekt. Studentów ASP uczymy właściwie tylko dwóch rzeczy: po pierwsze, wytwarzania (wizualnego) komunikatu, który powstaje w ich głowie, tak aby inni mogli go odebrać zgodnie z ich intencją; oraz w miarę możliwości ukształtowania tego, co powstaje w tej głowie. Tych dwóch umiejętności artyści uczą się całe życie i nigdy nie opanowują ich w sposób satysfakcjonujący; pozostali czasem porzucają ów trud. Mówi o tym Ira Glass w swoim słynnym eseju „The Gap” (tylko po angielsku, ale może się kiedyś skuszę, żeby przetłumaczyć).

Nie chodzi tylko o to, że robienie czegoś wolniej pozwala lepiej zebrać myśli (chociaż to prawda). Może to być częścią pewnego rytuału, który musi mieć każdy, ale to każdy, kto chce coś stworzyć. Rytuały bywają różne: może pisanie codziennie o 5:00 rano, może rysowanie ludzi w kawiarni, może notowanie na papierkach, albo spacery po lesie, sprzątanie i ogrodnictwo, jeśli historia po prostu powstaje w głowie i trzeba czymś zająć resztę ciała, zanim podświadomość prześle wynik do świadomości. Jeszcze inne są u artystów, dla których narzędziem jest ich własne ciało.

Wytwarzanie książki, która sama w sobie jest artystycznym dziełem, też może być wynikiem takiego rytuału (albo raczej zestawu różnych). Można sobie wyobrazić, że przeciwieństwem takiego podejścia będzie pisarz, który najpierw myśli, później notuje, później wklepuje i drukuje, a następnie proponuje wydawnictwu i właściwie już wtedy jego zadanie się kończy. Jest to często praca twórcza i bardzo potrzebna, ale można sobie wyobrazić, że droga do powstania książki będzie też wyglądać zupełnie inaczej – i efekt końcowy na pewno nie będzie podobny.

Tyleż opowieści, z której na razie nic nie wynika!

 

Omlet, dżdżowniczki i sceny łóżkowe

Na zdjęciu w tle: dżdżownica kalifornijska, o łagodnie brzmiącej łacińskiej nazwie Eisenia fetida, oraz nieco drapieżnej tiger worm (bo ma takie różowe tygrysie paseczki, oraz posturę i osiągi imponujące, w porównaniu do innych dżdżownic). Brnie przez świeżą ziemię i fusy z herbaty (czerwonej rooibos, oolong mlecznej i zielonej z żeńszeniem). Prawda, że śliczna? Wyraźnie widać jasną „obrączkę”, co oznacza, że niedługo będzie mamą (a zarazem tatą). Taka dżdżownica potrafi żyć 15 lat; tyle, co na przykład pies!

Zapowiadali śnieg z deszczem na ten weekend, więc w ogródku nie ma co szaleć (jeszcze z innych powodów, ale mimo wszystko chyba się wybiorę po kwiaty bluszczyka kurdybanka, bo mi pasują do pomysłu na kosmiczną galaretkę). Dlatego dżdżownice przybyły w samą porę,  a razem z pomysłami na śniadanie w łóżku dały pretekst do korespondencji:

Faktycznie do ogródka dzisiaj nie idę, bo dżdży, ale i tak jest co robić! Mianowicie przyjechały dżdżownice kalifornijskie, które niebawem będą czynić cuda w kompostowniku, a na razie odpoczywają po podróży w przytulnym wiaderku. 
Na śniadanie zwykły omlet, według przepisu babci: ubić białko, pomieszać z żółtkiem i budyniem (łyżeczka budyniu na dwa jajka) i na patelnię. Dziś na oleju kokosowym, bo trafił mi się mocno pachnący kokosem, więc do wytrawnych dań się nie nadaje. Budyń najlepiej waniliowy albo śmietankowy, bo wtedy omlet ma ładny kolor (babcia wrażliwa na te sprawy, a ja po niej). Jako smarowidło: dżem z derenia. 
Wracam do dżdżowniczek! One dostaną trochę liści i fusy z herbaty. 

Dereń jadalny kusił też jako kandydat do posadzenia w ogródku, ale póki co go nie ma; spodziewam się za to więcej owoców rokitnika, które są chyba podobne (ale może nie, co ja tam wiem).

W kontekście śniadania do łóżka przypomniał mi się film „Królowa Krystyna” (1933), a w nim scena z Gretą Garbo i Johnem Gilbertem, gdzie zajadają się owocami o poranku (właściwie nie w łóżku, tylko obok). Co ciekawe, obowiązywał wtedy tzw. Kodeks Haysa, zabraniający m.in. scen homoseksualnych; a „Królowa Krystyna” słynie przecież, przede wszystkim, z pierwszych w historii pocałunków damsko-damskich, gdyż sugeruje romans królowej z jej damą dworu (którą grała Elizabeth Young).

Z tym filmem związana jest też plotka, jakoby inna aktorka – Barbara Barondess grająca pokojówkę/prostytutkę – obawiała się sceny, w której zdejmuje buty królowej przebranej za mężczyznę; prostytutka miała wtedy zachowywać się uwodzicielsko, oferując swoje usługi (co również sugeruje, że niezbyt przejmowano się kodeksem Haysa). Zdenerwowanie aktorki miało wynikać stąd, że znała „reputację” Garbo. Scenariusz „Królowej Krystyny” napisała Salka Viertel, którą łączył z Gretą Garbo wieloletni romans.

 

View this post on Instagram

💜Greta Garbo in Queen Christina (1933) ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ After the making of this movie, Barbara Barondess (the girl/prostitute) commented: "In part of that scene, I was to take her boots off and run my hands up and down her legs, and it drove me crazy. I knew a little about her reputation, and I didn’t want to be pawing her in 10 or 15 takes. But I had to try to seduce her, and I was so self-conscious in rehearsal that Mamoulian said, “Barbara, I never saw you so stiff. What are you afraid of?” I got red in the face. I couldn’t say, “I don’t want to be making love to her 35 times— she’s liable to like it.” So I said, “I’m so overwhelmed by playing a scene with Miss Garbo, please forgive me. When you do the take, I’ll do it right.” So he laughed and she laughed, and then, to put me at ease, she told me a story about the time she went into a shoe store and asked for moccasins and the clerk recognized her and came back with sizes 8 and 9. She said, “These are too big for me,” and he looked at her, very disappointed, and said, “Oh, I thought you were Garbo.” Source: allgarbo on Tumblr ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ #oldhollywood #gretagarbo #oldmovies #vintagemovies #vintagehollywood #1930s #1930 #30s

A post shared by Daily Greta Garbo Posts (@dailygarbo) on

Nektar i kiełki (skromna, ale zdrowa dieta wiosenna)

Kontynuuję mój nowy ulubiony zwyczaj upubliczniania korespondencji własnej, tu – z licznymi dygresjami (lub wątkami o których początkowo zapomniałam, jak te kiełki).

Z grillem czy bez, w mojej okolicy wiosenne zadymienie gwarantowane… jak tylko ustanie palenie w piecach, będzie się palić liście, stary olej i przysłowiowe kalosze. Miałam jednak opowiedzieć o słodszych doznaniach z wiosennego ogrodu…
Przyznam, że czasem jestem jak koń: bardziej podobają mi się te kwiatki, które mogę zjeść. Moje forsycje wiecznie się na mnie o coś obrażają, ale potem wybaczają i kwitną; przyzwoitość każe zaczekać, aż najedzą się pierwsze dzikie pszczoły. Później, jak forsycje zaczynają mieć dość, można z nich nektar wycyckać (jak mawiała prababcia) a kwiatek zjeść. Smakuje trochę jak sałata.
Kto nie jest aż tak frymuśny, niech sobie zaparzy herbatkę. Rozmawiam ostatnio z pewną opętaną londyńską damą… o rzeczach, które zawstydzą nawet panienkę słuchającą Alice in Chains. Obie mamy pomysł dla pańskiej, w przyszłości, restauracji: miejskie ule na dachu, tak jak się to dziś robi w Londynie! Z kwitnącymi ziołami naokoło. 
Dowiedziałam się tym samym, że w Warszawie są aż dwa hotele oferujące gościom miód z własnych pasiek na dachu. Bardzo słusznie, mam kolejny powód żeby wybrać się do Warszawy.
Te kiełki to sposób na wczesne posiadanie żywności własnej produkcji; ja wysiewam rzeżuchę, rzodkiewkę i czerwoną kalarepę. Rzodkiewka wzeszła też zbyt gęsto na rabatce, więc w ramach przerywania mogę ją wyjadać prosto z gruntu.
Co do forsycji, należy ona do kwiatów jadalnych i miododajnych, czyli tych, które warto uprawiać po pierwsze primo. Do tego zawiera kwercetynę, działającą przeciwalergicznie. Jeśli więc ktoś ma uczulenie na pyłek kwitnących drzew (ja), to może kwiaty forsycji potraktować jako remedium i od razu przestanie kichać podczas prac ogrodowych. Forsycja w ogóle jest bardzo wdzięczną rośliną; chętnie rośnie i kwitnie w cieniu, tworzy zarośla przyjazne dla różnych pożytecznych żyjąt, a jeśli jej gałązek użyjemy do robienia płotków, to być może posłużą za dom murarkom ogrodowym, bo są puste w środku. W każdym razie „moje” murarki bardzo lubią mieszkać w płotkach z forsycji.
Ktoś po tym wszystkim zapyta, gdzie można poznać opętaną londyńską damę? Oczywiście w Londynie, ale także w nagradzanej grze Fallen London!, którą szczerze polecam (i można mnie tam odnaleźć).
Mam też ogłoszenie parafialne, w nawiązaniu do mojego wcześniejszego wpisu pt. „Pragnienie wolności”. Otóż trwa aukcja pierwszej z trzech tegorocznych książek artystycznych „dla Tybetu”. Od dzisiaj jeszcze przez pięć dni, a aktualna cena to 360,- zł. Jeśli ktoś chce wziąć udział w licytacji, proszę się kierować tu: Poeci dla Tybetu 2019 – artbook.
A na zdjęciu w tle moje piekielne papryczki, o których napisałam tak:
A propos papryki! Uwierzy pan, że te dwa maleństwa dojrzewają mi w doniczce właśnie teraz? A nie byłam przekonana do papryk w ogóle, aż spotkałam (rok temu) Opętanego Wielbiciela Ognistych Papryk i pewnego popołudnia wymieniliśmy się nasionami… jedna z jego papryczek w środku zimy uraczyła nas ŻYWYM OGNIEM. Już około lutego zakwitła ponownie, w salonie zapyliły ją chyba muchy, no i teraz wystawiłam na słońce (dziś mniej ryję w ziemi, a więcej fotografuję).